Oscary 2016 – Brooklyn, Carol, The Danish Girl

W mojej głowie cały czas tkwią filmy nominowane do Oscara w roku 2016, więc dopóki nie przeleję moich myśli na klawiaturę i nie puszczę ich w świat, będą mnie nawiedzać i męczyć. Z tej serii powstanie jeszcze jeden lub dwa wpisy i mam ochotę zacząć nową serię blogową, której na pewno się nie spodziewacie i będzie prawdopodobnie jeszcze mniej popularna od poprzedniczek, ale tak to jest jak pisze się tylko i wyłącznie dla przyjemności 😉
Jestem bardzo ciekawa, czy ktoś z Was się domyśli, o co konkretnie chodzi.

W międzyczasie zapraszam na moją opinię o Brooklyn, Carol i The Danish Girl.

background

Brooklyn został nominowany w trzech kategoriach: najlepszy film, najlepsza aktorka pierwszoplanowa i najlepszy scenariusz adaptowany. Nie otrzymał żadnej statuetki.

Krótki opis fabuły: Elis Lacey (Saoirse Ronan) postanawia opuścić ojczystą Irlandię i udać się na emigrację do Nowego Jorku. Marzy o tym nowym świecie, bo rodzinna mieścina nie ma jej nic do zaoferowania. Na miejscu ma już pracę załatwioną przez irlandzkiego księdza i stancję, na której mieszka z innymi dziewczynami. Mimo wszystko dopada ją tęsknota za domem, z której skutecznie leczy ją jej nowy chłopak Tony. Kiedy ich związek robi się już bardzo poważny, Elis musi wrócić do kraju.

Moja opinia: to jest bardzo ładny, kolorowy film. Wiadomo – lata 50-te, Nowy Jork i zielona Irlandia dla kontrastu. Jednak tak mnie wkurzył fabułą i rozwalił negatywnie zakończeniem, że chodziłam zła chyba ze dwa dni. Dlaczego? Otóż dlatego, że ktoś próbował mi wcisnąć love story, ale ja tu widzę poważny dramat młodej, zagubionej dziewczyny.

Elis jest nieśmiałą Irlandką, która w Nowym Jorku zmienia się w pewną siebie kobietę. Ta zmiana w filmie przyszła zbyt szybko i tak naprawdę niewiadomo do końca dlaczego. Bo Elis znalazła faceta? Spoko.
Bardzo lubię Saoirse Ronan i widzę, że odnalazła się w tej roli mimo tego, że jej postać została napisana niestarannie. Jej relacja z Tonym jest dziwaczna. Nie ma pomiędzy nimi żadnej chemii. Tony jest facetem, od którego uciekałabym w podskokach. Strasznie ciśnie Elis na związek, na pierwszą randkę zaprasza do swojej rodziny, gdzie gada o przyszłych dzieciach (WTF?!), strasznie szybko mówi, że ją kocha i w ten sposób wymusza też wyznanie miłości od niej. Chociaż Elis tak naprawdę nie wie, co czuje i mówi mu, że go kocha, żeby tej relacji nie stracić. W końcu najbardziej chamska sprawa. Elis musi pojechać do Irlandii, kiedy dowiedziała się o śmierci siostry. Tony znowu wymusza na niej to, żeby wzięli ślub. Mimo, że Elis się do tego nie garnie.
Możliwe, że to jest też wina aktora. Emory Cohen do zbyt utalentowanych nie należy, a chemia pomiędzy nim, a Saoirse nie zaistniała. Oboje wydawali się recytować swoje kwestie, a nie je czuć.
Co innego dało się zaobserwować w relacji Elis i Jima (Domhnall Gleeson), gdzie ich rodzące się uczucie i wzajemna sympatia, mimo krótkiego czasu na ekranie, było naprawdę intensywne i bardzo prawdopodobne.

Elis po powrocie do Irlandii, spojrzała na swoje miejsce zamieszkania z innej perspektywy. Okazało się, że mogłaby tam mieszkać, pracować i być szczęśliwa. Jedyną przeszkodą była kula u nogi w postaci Tony’ego, przez którego dokonała pochopnej i nieprzemyślanej decyzji i została mężatką.

Dla wielu ludzi film ma szczęśliwe zakończenie. Serio?! To zakończenie tragiczne i straszliwe smutne, bo Elis, żeby jakoś wybrnąć z twarzą z tej sytuacji, wmawia sobie, że musi wrócić do męża, bo go kocha i w ogóle ten Nowy Jork to jednak jej przyszłość.
W książce Elis w trakcie powrotu do Ameryki tęskni za Jimem i domem, ale podjęła taką a nie inną decyzję i jest gotowa stawić czoła konsekwencjom. Film pokazuje cukierkowy happy end. Blah.

carooooooooooooooool

Carol została nominowana w sześciu kategoriach: najlepsza aktorka pierwszoplanowa, najlepsza aktorka drugoplanowa, najlepszy scenariusz adaptowany, najlepsza muzyka oryginalna, najlepsze kostiumy i najlepsze zdjęcia. Nie otrzymała żadnej statuetki.

Krótki opis fabuły: Therese Belivete (Rooney Mara) jest sprzedawczynią w sklepie z zabawkami. Jej uporządkowane życie przewraca się do góry nogami, kiedy poznaje piękną i elegancką Carol (Cate Blanchett). Kiedy zaczynają się spotykać, Therese uświadamia sobie, że się zakochuje. Jednak związek dwóch kobiet w latach 50-tych jest narażony na tysiące przeszkód.

Moja opinia: jakiż to był straszliwie nudny seans. Jedynym plusem tej produkcji jest atmosfera lat 50-tych w Nowym Jorku, która troszkę przypominała mi pierwsze sezony Mad Men. Warte uwagi są też kostiumy, ale nie oszukujmy się, w tym roku przy Mad Maxie, nikt nie miał szansy na statuetkę w tej kategorii.
Nie przepadam za Rooney Mara. W żadnym filmie, gdzie ją widziałam, nie mogłam uwierzyć w bohaterkę, tylko widziałam Rooney. Ten typ chyba tak ma. W moim odbiorze na pewno. Jednak w Carol poradziła sobie całkiem nieźle.
Cate Blanchett z kolei popłynęła. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby grała na samej manierze eleganckiej, bogatej pani. Mimiką i gestami przypominała trochę swoją rolę z Blue Jasmine, ale to tylko pokazało przepaść pomiędzy tamtą genialną rolą, a tą… przeciętną.
Chemii pomiędzy paniami nie było żadnej. Więcej szumu narobiły wokół siebie na czerwonych dywanach podczas światowych premier i promocji filmu niż grając. Nie uwierzyłam ani przez chwilę w ich „miłość”. To była jakaś dziwaczna relacja przypominająca zauroczenie i mam wrażenie, że gdyby Carol napatoczyła się na inną naiwną dziewuszkę to sprawy potoczyłyby się tak samo. Drama z okazji „ojej zabrali mi dziecko” też była naciągana, bo Carol średnio przejmuje się córką podczas swojej wycieczki z Theresą.

Nie uwierzyłam w tę historię, śmiertelnie mnie wynudziła i jeszcze coś dziwnego stało się Cate Blanchett i mam ogromną nadzieję, że się z tego otrząśnie, bo to przecież jest świetna aktorka. Może podobnie jak Eddie Redmayne wpadła w pułapkę starania się zbyt mocno, bo Oscary?

tumblr_o3ykyyzrGY1vo0nn7o1_1280

The Danish Girl została nominowana w czterech kategoriach: najlepsza aktorka drugoplanowa, najlepszy aktor pierwszoplanowy, najlepsza scenografia i najlepsze kostiumy. Film otrzymał jedną statuetkę dla najlepszej aktorki drugoplanowej Alicii Vikander.

Krótki opis fabuły: Einer (Eddie Redmayne) i Gerda Wegener (Alicia Vikander) tworzą szczęśliwe i zgodne małżeństwo. Oboje są malarzami, ale to on jest tym sławnym, a Gerda dopiero szuka swojej drogi i stylu. On specjalizuje się w pejzażach, a ona w portretach. Pewnego dnia, kiedy jej modelka się spóźnia, Gerda prosi męża o pozowanie w damskich ubraniach. Einerowi tak to się podoba, że wzbudza w nim przytłumione wcześniej pragnienie bycia kobietą.

Moja opinia: z wielką chęcią obejrzałabym ten film, gdyby Einera/Lily grał inny aktor niż Eddie Redmayne, bo Eddie w tym roku popłynął podobnie jak Cate w Carol. Chłopak starał się za bardzo, a jego denerwująca maniera przyćmiła całą postać. Co ciekawe przecież Eddie już miał totalnie przeszarżowaną rolę w Jupiter Ascending, o którym pisałam tutaj i mimo, że dostał za tę kreację Złotą Malinę to moim zdaniem to była genialna szarża pod absolutną kontrolą aktora. Jednak to, co w Jupiter Ascending pasowało i było zabawne, tak w The Danish Girl wyszło dziwnie, żeby nie powiedzieć… żałośnie. Bo Eddie straszliwie się starał i to była tak bardzo rola Oscarowa, no ale kurczę, nie wyszło mu. Cały czas miałam przed oczami przedstawienie, grę bardzo teatralną, a nie postać z krwi i kości.

Z kolei Alicia Vikander zagrała bardzo dobrze i nie dziwię się Akademii, że specjalnie nominowano ją w kategorii aktorka drugoplanowa (jej postać jest zdecydowanie pierwszoplanowa i to tytułowa na dodatek), żeby nie musieli decydować pomiędzy nią a Brie Larson, bo obie dziewczyny na Oscara zasłużyły. To właśnie Gerda wzbudza naszą sympatię, to jej kibicujemy i jej współczujemy, bo to kobieta, która z całych sił wspiera Einera/Lily podczas zmiany płci i jednocześnie traci swojego męża.

Jeżeli chodzi o postać Einera/Lily to myślę, że została źle napisana. Bo z fabuły wynika, że jej problemem nie tylko było urodzenie się w ciele mężczyzny, ale też schizofrenia (zresztą zdiagnozowana przez psychiatrę) lub wręcz jakiś dziwny przypadek rozdwojenia jaźni. Przecież Einer i Gerda byli zgranym i na pewno namiętnym małżeństwem, co widzimy w scenach erotycznych. W takim razie Einer/Lily jest też lesbijką? Nie, bo podczas przebieranek w Lily dochodzi do zauroczenia (w tym fizycznego) z innym mężczyzną. W takim razie nie może być kobietą hetero, więc jest kobietą biseksualną? Jeśli tak to dlaczego podczas zmiany płci odrzuca małżeństwo z Gerdą? Naprawdę tego nie rozumiem. Zwalam to na niekonsekwencję scenarzystów.

Oglądaliście te filmy? Czy kibicowaliście któremuś z nich w wyścigu po Oscary? Co o nich sądzicie?

  • Fajny wpis! Więcej takich! 🙂

    Filmy znam w dużej mierze z Twoich opowiadań, ale wcale mi to nie przeszkadza w ich ocenie;) Trochę mnie zaczyna męczyć ten klimat lat 50 tych w Ameryce oczywiście, teraz bardzo dużo takich produkcji powstaje, jakby tamte czasy były jakieś fajniejsze… Może teraz wydają się fajne jak ktoś w nich nie żył i zna tamtych problemów? Chciałabym zobaczyć więcej filmów z tych czasów, tych w których jesteśmy teraz o ludziach, którzy nie znają życia bez internetu i ciągle zmieniających się technologii…. może coś polecisz? (oprócz mr. Robot)

    • Dzięki, że powstrzymałaś się ze spoilerowaniem o nowej serii Ty mój VIPie 😀

      Tak jak Ci pisałam, Amerykanie bardzo tęsknią za latami 50-tymi, a filmowcy tę nostalgię wykorzystują. Tworzenie filmów o tu i teraz jest trudne, bo „tu i teraz” bardzo szybko się zmienia i łatwiej ubrać je w fikcję rodem z Avengersów, czy innych nieprawdopodobnych wydarzeń, które sprawiają, że te nasze czasy stają się bardziej… interesujące? Tak jest łatwiej i bardziej widowiskowo 😉

      Kurczę jak tak myślę to mało jest takich filmów/seriali jak Mr. Robot, które mocno nie zahaczają o science fiction, czy ogólnie nierealne wydarzenia i postaci.
      Polecam Ci Spotlight, który wygrał w tym roku Oscara za najlepszy film.
      Jak mi się coś przypomni to dam Ci znać 😉

      P.S. W ostatnim filmie, o którym pisałam (The Danish Girl) gra koleś, który wygląda totalnie jak Putin 😀

  • Z ust mi to wyjęłaś, absolutnie wszystko! O „Carol” i „Dziewczynie z portretu” pisałam już u siebie w bardzo podobnym tonie (ta schizofrenia! Też nie rozumiem, co się tam wyrabiało z orientacją Lili…), więc nie będę się powtarzać, za to co do Brooklynu: dzięki Ci za ten wpis! Naczytałam się tyle komentarzy o „zwycięstwie miłości” w tym filmie, że zastanawiałam się już, czy cały świat oszalał i nikt poza mna nie widzi o czym ten film jest? Mam dokładnie takie same odczucia co Ty: Tony był fatalny pod każdym względem, ten irytujący, sztuczny, niby-włoski akcent, zagrane to tak sobie, chemii między nim a Ellis zero. Wielkiej miłości tam nie widziałam, wyglądało mi to na podręcznikowy związek z rozpaczy, bo jestem sama w obcym kraju, smutno, samotno, płaczę w poduszkę, a tu nagle pojawił się ktoś, dzięki komu zrobiło się trochę weselej, to się go uczepię. Ślub, za przeproszeniem, z dupy – nie rozumiem (bo nijak to w filmie nie jest wyjaśnione!) czemu Ellis się na to zgodziła, skoro pierwsza i ostatnia rozmowa na ten temat skończyła się na „No nie wiem, Tony, po co? Nie ufasz mi?”. Zwłaszcza, że przez resztę filmu to jest bardzo ogarnięta dziewczyna. Relacja z Jimem też przedstawiona bardzo po łebkach i w sumie to zdziwiłam się pod koniec, kiedy nagle okazało się, że poważny dylemat się tu narodził, bo pokazano ich nam malutko… Ale fakt, to co pokazano wypadło bardziej przekonująco niż te sceny z Tonym. Jeżeli Ellis miała taką samą słabość do Domnhana Gleesona jak ja to rozumiem to tak, że jedynym, co trzymało ją do końca przy Tonym, był właśnie ten nieszczęsny ślub. I o tym wszystkim ludzie piszą, że cudowne zakończenie, miłość zwyciężyła! Zgroza.

    W jednym się tylko z Tobą nie zgodzę: wcale nie uważam, że zakończenie było cukierkowe, dla mnie było właśnie bardzo smutne i pełne rezygnacji. Zwłaszcza to jej ‚It’s just like home’ na statku – tyle emocji w jednym zdaniu! I smutek, i trochę kpiny, i nostalgia, i coś w rodzaju nadziei z gatunku „może jak się postaram i w to uwierzę, to tak będzie”. Te jej gadki na koniec pt. „zrozumiesz, że tu jest twoje miejsce” też właśnie tak odbieram. Fake it till you make it.

    Generalnie bałam się tego filmu ze względu na całą tę emigracyjną tematykę, bałam się, że za bardzo znajdę w nim siebie, no i znalazłam, oczywiście. Ale to wszystko było pokazane bardzo prawdziwie. Dlatego mi się raczej podobał niż nie podobał ;).

    Chyba musze wreszcie też wypocić posta o tym filmie, zbieram się od półtora miesiąca i nic… A potem Tobie zalewam bloga radosnym słowotokiem :P.

    • Ależ zalewaj proszę bardzo! Mi takie słowotoki przynoszą bardzo dużo radości 🙂

      To napisz koniecznie u siebie jak ten film wygląda z perspektywy emigrantki. Bo ja znalazłam trochę siebie jeśli chodzi o wyprowadzkę z małego miasta do dużego.

      No właśnie ja też widziałam sytuację „fake it till you make it”, ale przerażająca liczna osób potraktowała ten film jako love story z happy endem. Już nie wspomnę ilu idiotów pisało jaka ta Elis jest zła kobieta, że zbliżyła się do Jima w Irlandii, a ten Tony jaki wspaniały i romantyczny, że czeka, listy pisze i tak dalej. Ja w Tonym widzę zakompleksionego, małego facecika, który chce Elis na siłę do siebie przywiązać i nie puścić. Oj ciężkie będzie miała z nim życie, oj ciężkie… Strasznie mi dziewczyny szkoda.

      Domnhan Gleeson <3 Poza tym jest świetnym aktorem i to jak na Elis patrzył… widać było to rodzące się uczucie.
      A gra Emory'ego Cohena to jakaś porażka. Może to wina castingu, ale bardziej przychylam się do tego, że Tony jest po prostu zaborczym dupkiem.

  • Heja!
    Widziałam tylko Dziewczynę z portretu, więc o tym filmie się wypowiem. Jaki to był przepiękny film! W sensie te kadry, wnętrza, ubrania! I prześliczna Gerda. Także estetycznie bardzo przyjemny i choćby dlatego warto było pójść do kina, na duży ekran.
    Ale. Zgadzam się, że Lily to jakaś karykatura kobiety. Czuję się jak bluźnierca, ale naprawdę nie rozumiem, jak Redmayne (którego cenię za Teorię wszystkiego) mógł dostać za ten film nominację do Oscara. Jedna poza, dwie miny, to dziwne układanie rąk, nienaturalne mówienie szeptem, no nijak nie widzę kobiety, która w końcu odkrywa swoją tożsamość, a faceta, który z jakichś powodów stara się zachowywać i wyglądać w pewien sposób, zupełnie odbiegający od naturalności*.
    Zgadzam się też, że to bardzo dziwne, że Einar jest heteroseksualny – chociaż dość „nieśmiały” – i zasadniczo wygląda, jakby się dobrze czuł w swojej skórze, a Lily szuka mężczyzny i chce dziecka (oczywiście, że ledwo określisz się jako kobieta, to chcesz dziecka, nie?). Zasadniczo to Einar bardziej wygląda, jakby miał rozdwojenie jaźni (co miało być błędną diagnozą…) niż na transseksualistę, bo Lily i Einar nie mają ze sobą prawie nic wspólnego (Lily nawet nie chce malować).
    Na szczęście jest Gerda. Zgodzę się po raz trzeci, że to jest naprawdę film o niej i że została doskonale zagrana. Jej historia ten film ratuje i trochę zaciera wrażenie, że scenarzyści, reżyser i Redmayne zabrali się za temat, o którym nie mają pojęcia.

    *Jeśli ktoś widział kabaret Hrabi, od razu skojarzyła mi się Joasia Kołaczkowska w skeczu z udawaniem kobiet przez panów w kabarecie. „Czy my tak chodzimy?”, wyśmiewa ich komiczne ruchy.

    • Tak to był śliczny film, ale trochę aż za śliczny. Ta czyściutka Kopenhaga czy Paryż, idealne, przestronne wnętrza. Nie mogłam wejść w ten świat, bo wszystko wyglądało mi na scenerię, a nie rzeczywistość. Gerda przepiękna, ale z twarzą Vikander nie można nie być urodziwym 😉

      Redmayne dostał nominację do Oscara, bo to rola i film typowo stworzony i wyprodukowany na Oscary. Tematyka aż wręcz się prosi, żeby zostać obsypaną przez wór amerykańskich nagród. Jednak scenariusz to nie wszystko (też nie był idealny), co dobrze widać w tym filmie. Jedna Vikander całości nie udźwignęła, bo Redmayne ciągnął bardzo w dół.
      Tak jak napisałaś – Lily to karykatura kobiety. Zresztą są sceny w filmie, kiedy Einar uczy się być kobietą, naśladuje ruchy, czy gesty innych kobiet, jakby przygotowywał się do przedstawienia, ale skoro jest i urodził się kobietą to powinien wreszcie stać się sobą, a nie kogoś udawać. Lily to dziwaczna postać, wymyślona przez Einara i kiepsko przez niego zagrana. Tak ja to odbieram, chociaż wiem, że w tym przypadku to wina tylko i wyłącznie aktora. No, ale cóż… zdarza się najlepszym.

      Oj tak kojarzę ten skecz Kołaczkowskiej! Porównanie idealne 😉

      • Tak, tematyka skrojona pod Oscary, ale czy pozostali widzowie naprawdę odbierają Lily jako wiarygodną postać i tylko ja czegoś nie widzę, czy może według nich samo wzięcie na warsztat trudnego tematu, niezależnie od efektów, zasługuje na nagrodę? Bo nominacja to już i tak kolosalne wyróżnienie. Jakoś mi się to nie może w głowie pomieścić. Może Akademia filmu nie widziała, tylko czytała opis? 🙂

        Odrealnienie poprzez śliczność mi nie przeszkadzało, ale rozumiem, co masz na myśli. 🙂