Doctor Who s09e11 & s09e12 | Heaven Sent & Hell Bent [SPOILERY]

Pamiętacie jak bardzo podobało mi się pożegnanie Clary w Face the Raven i jak zastanawiałam się nad tym, co się stało, że tak ważny odcinek showrunner przekazał nowicjuszce Sarah Dollard? No cóż… to było zbyt piękne, aby było prawdziwe. Proste rozwiązania nie istnieją już w tym serialu i standardowo Moffat musiał przemoffacić i postawić na swoim. To już nie jest urocze wibbily wobbly timey wimey, to przegotowany groch z kapustą.

Heaven Sent to przedstawienie jednego aktora i zwolnienie akcji po emocjonującym rozstaniu z towarzyszką. Ktoś na Twitterze napisał, że w obecnej kondycji serial nie zasługuje na takiego aktora jak Peter Capaldi i trudno mi się z tą opinią nie zgodzić. Heaven Sent bez jego talentu byłoby nudnym zapychaczem tego sezonu. Doktor uwięziony w swoim koszmarze, który zaczyna się od nowa i od nowa to pomysł dobry, ale przekombinowany. W efekcie odbywania swojej „kary” Doktor postarzał się o miliard (?!) lat. Poprawcie mi jeżeli się mylę, ale w serialu powiedzieli, że to było „bilion years”. Serio Moffat? Nie wystarczył skromny tysiąc, albo jak masz już taką manię wielkości to powiedzmy milion? To ile Doktor ma teraz lat? Dziewiąty zaczynał jako żwawy 900-latek. Po drodze tych lat się namnożyło i nie zapominajmy, że Jedenasty też parę razy „utknął” i mocno się postarzał. Jednak Dwunasty przebił wszystko. Po co? Dlaczego? Po to, żeby jeszcze raz pokazać jak niesamowicie ważną towarzyszką jest Clara, albo, że jest wręcz najważniejszą? Bardzo lubię Clarę i dobrze o tym wiecie, ale nie podoba mi się jej moffatowe wywyższanie ponad inne towarzyszki. Doktor w Hell Bent łamie absolutnie wszystkie swoje zasady dla jej uratowania. Już nawet nie chodzi mi o to, że ryzykuje załamanie się czasu, czy Wszechświata, ale o to, że zabił kogoś z broni. To była najgorsza scena New Who, która spowodowała, że w tym momencie Doktor przestał być Doktorem. Moffat od dawna próbuje wciskać broń gdzie się da mimo tego, że to kompletnie do serialu nie pasuje, ale tym razem przegiął. Zabił innego Władcę Czasu i co z tego, że tamten się zregenerował? Jakim prawem potraktowano regenerację tak błaho? Gdyby to była tak nieistotna sprawa to dlaczego Dziesiąty płakał, że nie chce odchodzić? Morderstwo jest morderstwem i to była scena, która dla mnie zepsuła postać Doktora. Dzięki Moffat.

11

22

Dlaczego Clara? Dlaczego to ona ma być tą najważniejszą towarzyszką, dla której Doktor poświęcił miliard lat wypełnionych męką i strachem? Dlaczego nie Rose? Dziewczyna, w której się zakochał. Albo Doctor Donna lub też wyjątkowa Amy, po której stracie odszedł od ludzi i świata. Według mnie jest to tylko i wyłącznie zachcianka scenarzysty, który zresztą Clarę w tym sezonie pisał naprawdę kiepsko, żeby w finale wynieść ją ponad wszystkie towarzyszki. I to mi się właśnie nie podoba. Każda towarzyszka Doktora jest ważna, każda coś wniosła do jego życia i coś w nim zmieniła. Moffat nie pozwolił Clarze po prostu odejść, musiał zawiesić ją w jakimś dziwacznym limbo i pożegnać jeszcze raz.

Niekonsekwencja. Doktor spędził miliard lat w swoim więzieniu. Nie jest po nim zmieniony. Dalej z uporem maniaka jedyną ważną dla niego sprawą jest uratowanie Clary. Nawet trafienie wreszcie do swojego ukochanego, wytęsknionego domu, o którym z taką czułością opowiadał Rose, nie robi na nim większego wrażenia. Jest bohaterem wojennym, zagarnia planetę bez problemu i nawet na chwilę nie zwróci uwagi na to jak się tam żyje jego pobratymcom.
Podobnie jest z Ashildr. Kiedy spotkał ją ponownie po pozostawieniu jako nieśmiertelną na 800 lat w odcinku The Woman Who Lived nie była już tą samą osobą, nie pamiętała swojego starego imienia, a wiele faktów z jej za długiego życia wymazała z pamięci. Za to kiedy Doktor spotkał ją na końcu Wszechświata po miliardach lat to wydawałaby się jakby była tą samą osobą, którą zostawił w Face the Raven. Dalej dobrze pamiętała Clarę i problemy Doktora wydawały się jedyną sprawą, która zaprzątała jej myśli.

Wszystkowiedząca Clara. No jakim cudem wiedziała jak dokładnie wyglądała knajpa, w której Jedenasty był z Amy i Rorym? Doktor mógł jej o tym opowiedzieć, ale nie mogła tego widzieć i jeszcze idealnie odtworzyć za pomocą nowej TARDIS, która nie ma wspomnień TARDIS Doktora. Aha i jeszcze oczywiście panna Oswald miała pod ręką uroczy strój kelnerki. Poza tym dlaczego wybrała właśnie USA na pożegnanie z Doktorem? Miejsce, które nie miało dla niej żadnego znaczenia? Oczywiście Moffat musiał ukłonić się amerykańskim widzom.

1

2

Niepamięć. Mieliśmy już towarzyszkę, która zapomniała Doktora (Donna <3 na żadnej innej scenie nie wylałam tylu łez), a tym razem to Doktor zapomina towarzyszkę, ale też tak nie do końca, bo pamięta o wspólnych przygodach, ale nie poznałby jej, gdyby przed nim stanęła. Jednak kiedy opowiada Clarze o Clarze to dlaczego nie mogła mu powiedzieć, że to ona? Bo nie pozwoliłby na powrót do jej chwili śmierci? Do ciężkiej cholery to tylko i wyłącznie jej wybór i byłoby miło panie Moffat gdyby towarzyszka mogła podejmować własne decyzje, a nie zawsze słuchać się Doktora lub przed nim uciekać, kiedy chce zrobić coś po swojemu.  Dlaczego zamiast Doktora wybrała Ashildr? Na pewno po drodze do Gallifrey będą miały jakieś przygody, ale na koniec to właśnie ona dostanie TARDIS, a to byłoby skrajnie nieodpowiedzialne ze strony Clary.

Odcinek świąteczny zapowiada się na wesołą przygodę bez wielkich dram. Wraca River, ale ona jest takim kołem ratunkowym dla twórców, kiedy brak im innego bohatera. Wraca śrubokręt soniczny. Dzięki Bogu, bo okulary to kompletna pomyłka.
Nowej towarzyszki jeszcze długo nie zobaczymy, ale kurczę coś mi mówi, że to będzie śliczna i błyskotliwa Brytyjka.

 

Co uważacie o finale? Mogło być lepiej? Co myślicie o zakończeniu wątku Clary? Planujecie dalej oglądać serial?

  • Zagadzam się z prawie wszystkimi Twoimi zarzutami (aczkolwiek mnie takie closure dla Clary odpowiadało, ba, po „Face the Raven” właśnie czułam niedosyt). Natomiast jak najbardziej: najpierw piszą Doktora brzydzącego się przemocą (więc nie znosi Danny’ego, bo to żołnierz), a teraz Doktor sam strzela (choć, tak dla porządku: w Classicu takie rzeczy bywały). Zresztą to było w sumie potrzebne, żeby napisać scenę regerancji generała w kobietę i mrugnąć do widzów, że o, że można.

    No i — tak. Ale ja wytłumaczyłam sobie ważność Clary tak, że ona jest jedyną towarzyszką, jaką Dwunasty zna, więc dla niego jest najważniejsza. A że była źle i niekonsekwentnie pisana, to się nie raz zgadzałyśmy :). Czekam z dużą nadzieją na odcinek świąteczny, bo ten finał — mimo wszystko! — podniósł mnie jakoś na duchu, bardzo podobał mi się zgrabnie wpleciony wątek z baśni Grimmów i ogólnie miałam wrażenie przynajmniej częściowego pospinania wątków. No i ja uwielbiam postać River, więc to, że wraca, kwituję póki co jedynie jako „ach!” :D.

    • Kiedy zobaczyłam Clarę w tej jadłodalni to miałam ogromną nadzieję, że to ostatnia z wersji Impossible Girl. To by była dopiero ładna klamra 🙂 Fakt – zakończenie wątków było, ale jednak ta jej podróż z Me to kolejna niewiadoma i furtka dla aktorek, że kiedyś mogą się pojawić. Maisie Williams na pewno. Tym bardziej, że teraz ma swoją TARDIS i na pewno to wykorzystają prędzej, czy później.

      Wiem, że Doktor w Classic Who nie był takim wielkim przeciwnikiem broni jak w New Who, ale dotąd mam w uszach tyrady na ten temat Dziesiątego, czy Jedenastego. Baaaa… nawet Dwunasty z tego powodu był uprzedzony z góry do Danny’ego. Ten strzał bez mrugnięcia okiem zabolał mnie strasznie. Aha i to, że tak lekko potraktowano regenarację innego Władcy Czasu.

      To prawda! Clara jest jedyną towarzyszką jaką zna Dwunasty. Nie myślałam o tym wcześniej w ten sposób. Dzięki za poszerzenie horyzontów 😉
      Dla mnie Doktor jest zbiorem wcześniejszych jego wcieleń. Dlatego tak nie podoba mi się to, że nie odwiedza na przykład rodzin swoich dawnych towarzyszy. Nie sprawdza, co u nich słychać, jak sobie radzą. Przecież kiedyś byli dla niego bliscy, a teraz go nie obchodzą.

      Nie przepadam za River, bo za często była moffatową deux ex machina. Jednak Doktor „stracił pamięć” to nie będzie już dramatów i tęsknienia w świątecznym odcinku tylko wesoła przygoda i może być miło 😉

  • O Heaven Sent mam do powiedzenia tylko tyle, że był to bardzo ryzykowny eksperyment, który się obronił (w przeciwieństwie do Sleep No More) i miał parę fajnych scen (wymiana mokrych ubrań na suche) i ogólną ideę (znam tę opowieść z ptakiem), ale w pewnym momencie ciąg scen, z których nic nie wynikało, a tylko mnożyła się tajemniczość zaczął mnie męczyć i chciałam już rozwiązanie. Także moim zdaniem należałoby ten odcinek skrócić albo trochę zmienić zawartość tak, żeby zagadka rozwiązywała się stopniowo.

    Natomiast Hell Bent kupił mnie całkowicie rozliczeniem się z historią Donny. Nie zarzucam nic tutaj Daviesowi, broń Rassilonie, ale pozostaje faktem, że zostawił nas z historią bardzo tragiczną i z poczuciem ogromnej niesprawiedliwości. Dlatego bardzo wiele dla mnie znaczy, że po tych wszystkich latach (od 2008 to już siedem lat, wystarczająco wiele na poruszenie tematu bez obaw, że odcinek wyjściowy zostanie w jakiś sposób „zepsuty”) Moffat proponuje nam opowieść z innym zakończeniem. Motyw osiągania przez Clarę statusu równego Doktorowi, eksplorowany w 8 sezonie, a przez większość 9 zapomniany, osiąga tutaj swoje apogeum. Jedno z nich musi stracić pamięć, ale dlaczego to ma być Clara? Dlaczego decyzja, jak w przypadku Donny, ma zostać podjęta za nią? Clara otrzymuje możliwość stanięcia w obronie swojej przeszłości i nabytej za sprawą przeszłych doświadczeń tożsamości. I gdy Doktor to akceptuje (to jest coś, co być może zrobiłby Dziewiąty, ale nie widzę w tej roli Dziesiątego ani Jedenastego), decydują się na los – pamięci Clary i Doktora są równie ważne. W pewnym sensie jest to nadanie towarzyszowi znaczenia fabularnego równego znaczeniu Doktora; RTD oczywiście dawał towarzyszkom kolosalne znaczenie, ale z punktu widzenia konstrukcji fabuły historia towarzysza była „mniejsza” od historii Doktora; towarzysz odgrywał bardzo istotną rolę w swoich sezonach, ale w większym spojrzeniu była to historia Doktora spotykającego i tracącego towarzyszy. I powtórzę, że u RTD to było w porządku, było fenomenalnie zrobione i tworzyło doskonały dramat. Ale serial powinien iść dalej, odkrywać nowe ścieżki. Tutaj to Clara traci Doktora. Tutaj nie ma znaczenia, że Clara jest człowiekiem, a Doktor Władcą Czasu, że jedno z nich ma jedno życie, a drugie kilkanaście, że jedno ma dwadzieścia parę lat, a drugie dwa tysiące, że jedno ma pracę, a drugie TARDIS, że jedno nie jest tytułowym bohaterem, a drugie jest. Wydaje mi się, że Moffat idzie w finale krok dalej w spojrzeniu na rolę i znaczenie towarzysza i pytanie na finał to już nie jest „jak rozdzielić Doktora od Clary”, tylko „jak rozdzielić Doktora i Clarę”. Doktor już nie jest ważniejszy „z definicji”. I bardzo mi się to podoba, bo w sumie dlaczego miałby być? I jestem naprawdę zdziwiona, że to wszystko wychodzi od Moffata, bo era Jedenastego to pójście w zupełnie drugą stronę, to deprecjonowanie roli towarzysza, człowieka w ogóle (River jest „super”, więc musi mieć Time Lordowe DNA, kolejne badassy to Jaszczurka i Missy-Time Lady), a początek sezonu z Missy zapowiadał dokładnie to samo w tym sezonie. Ale nie, finał nie jest o nieśmiertelnej Ashildr, nie jest o Missy ani River, nawet nie jest o Władcach Czasu – jest o Clarze. Nie mniej ważnej niż Doktor, co symbolicznie widzimy, gdy na ekranie są dwie TARDIS.

    Jeszcze jedna rzecz była dla mnie ogromnie ważna w tym odcinku – usłyszeliśmy „The Doctor’s Theme”. Traktuję go jako motyw Doktora (bez numerka) i ten motyw był używany w naprawdę ważnych dla Doktora chwilach, więc bardzo mnie cieszy, że jego powrót na Gallifrey też został nim zilustrowany. I to główną melodią, której nie słyszeliśmy w serialu od „The Waters of Mars”, czyli przez szmat czasu. A pierwszy raz pojawiła się w „Rose”.

    Natomiast cięgi za nieużycie nawet dwóch nut „This is Gallifrey”. Czekałam przez cały odcinek. I gdzie jest Timothy Dalton, pytam się?

    Jasne, że nie wszystko mi się podobało w tym odcinku, ale to zrównanie Clary z Doktorem wszystko mi wynagradza. Pewnie jak się już oswoję z myślą i będę oglądać odcinek na nowo, to pewne rzeczy bardziej mnie zirytują, na przykład przeciwstawne przesłania tego odcinka i Face The Raven. Ale na razie bardzo bym chciała, żeby ta odkryta nowa równowaga i dynamika nie zostały w serialu zapomniane, bo myślę, że jesteśmy w bardzo obiecującym miejscu.

    Jakie to jest dziwne. Chwalę Moffata. Aż się boję oglądać ten odcinek jeszcze raz, a nuż się okaże, że coś źle zrozumiałam, czegoś nie zauważyłam i to wcale nie było tak…

    Śrubokręt. Nareszcie.

    • Kurczę Ty to zawsze mi poszerzysz horyzonty 😀

      Historia z Donną później się jakoś rozwiązała (?). Nie było aż tak dramatycznie i niesprawiedliwie na końcu. Ale szczerze mówiąc nie pamiętam już tego w miarę pokojowego rozwiązania. Za to utknęła mi w umyśle cholernie, smutna scena, kiedy Donna nie wie kim jest ten facet, który przypadkiem jest w jej domu 🙁 A wcześniej myślałam, że to Doomsday było najsmutniejszym odcinkiem ever. Dla mnie osobiście historia Donny przebiła jakąkolwiek w innych serialach/filmach/książkach.

      Naprawdę BARDZO przyda mi się rewatch, bo sezony 1-4 maratonowałam (właśnie stworzyłam nowy czasownik ^^).

      Masz rację – Clara jest równa Doktorowi. Decyzja o „niepamięci” nie została jej narzucona. Miała równe szanse z Doktorem i ona wygrała tę rosyjską ruletkę. Jednak boli mnie to, że nie miała odwagi po prostu powiedzieć Doktorowi, że wybiera powrót do momentu jej śmierci i chce w taki sposób zakończyć sprawę. Musi zastosować fortel. Szkoda, bo to oznacza, że wiedziała iż Doktor nie uszanuje jej wyboru.

      Jednak rozumiem Twój tok rozumowania i zgadzam się z tym, że Hell Bent ukazuje Clarę jako postać równorzędną Doktorowi. Moment, w którym mijają się dwie TARDIS był niesamowity 🙂

      „The Doctor’s Theme”! <3

      Czegoś mi brakowało w tym odcinku i dzięki Tobie wiem, że to "This is Gallifrey", które aż się prosiło o to, aby być w tym odcinku. Zresztą czy nie uważasz, że Gallifrey (to mityczne, wspaniałe, tajemnicze Gallifrey!) zostało potraktowane po macoszemu?

      • Donna nie kończy nieszczęśliwie – spotyka dobrego (zdaniem Wilfa, a jego osądowi można wierzyć) człowieka, którego poślubia; według Wilfa, brakowało im tylko pieniędzy, bo oboje niewiele zarabiali, a o to postarał się Doktor z kuponem loteryjnym („dziś kumulacja!”), wygląda też na to, że Sylvia trochę poszerzyła swoje horyzonty i zrozumiała, jak wartościową ma córkę, więc przypuszczalnie ograniczyła swoje dołujące uwagi. Nie będąc świadomą, co straciła, Donna może być (i wierzę, że jest) naprawdę zadowolona ze swojego życia.

        Problem w tym, że w rozwoju postaci i przesłaniu serialu to jest ogromny krok w tył. Donna rozpoczyna jako osoba, która desperacko chciała wyjść za mąż, bo „bije jej zegar biologiczny” i bo jest społeczną normą, że kobieta po trzydziestce powinna mieć męża, może dzieci, może nawet i rozwód za sobą. A jak nie, to chociaż robić oszałamiającą karierę. Donna wielkiej kariery nie robi (nie wierzy, że jest wystarczająco zdolna i zaradna), więc szuka męża, jak najszybciej, by spełnić oczekiwania otoczenia. Pierwsze spotkanie z Doktorem jest dla niej wyrwaniem z tej wąskiej rzeczywistości – Donna dowiaduje się, że byle jaki mąż wcale nie jest lepszy niż żaden, że są na świecie rzeczy, którym się filozofom i tak dalej, że ona sama może coś zmienić, mieć wpływ na ludzi – skutek jest taki, że Doktor zbyt ją przeraża, by dołączyć do TARDIS (to nie jest Rose, która pobiegnie bez zastanowienia, jej beztroska odwaga jest przywilejem młodości), ale Donna chce zająć się sobą i jakoś przeżyć swoje życie. Potem mamy powiew realizmu, wcale nie jest tak łatwo przeżyć życie aktywnie i radośnie, gdy wycieczka z biura podróży do pięt nie dosięga podróży na początek wszsechświata, nie ma pieniędzy na rozwijanie zainteresowań, o pracę ciężko i nie daje ona radości, i trzeba się znowu wprowadzić do matki. Donna potrzebuje Doktora – już wie, że jej życie jest niesatysfakcjonujące i jedynym wyjściem jest odlecieć w niebieskiej budce, cokolwiek to przyniesie, nawet jeśli nie same dobre rzeczy. I wtedy Donna jest gotowa wejść na pokład, poznać świat, uratować parę żyć, pozytywnie wpłynąć na tego chudego Marsjanina i dojść do wniosku, że wcale nie jest taka beznadziejna. I to wszystko zostaje jej odebrane, bo „to właśnie się zdarza, gdy dotkniesz Doktora”. W tym kluczowym momencie DoktorDonna już wie, co liczy się w życiu – odkrycie tego, kim się jest i realizowanie swojego potencjału, szukanie głębszego sensu, zaznaczanie swojej obecności na świecie – i przeraża ją myśl, że może wrócić do tamtej niemyślącej w takich kategoriach Donny, do Donny pragmatycznej, ograniczającej się do średniej pracy i szukania związku, woli nawet zaryzykować raczej pewną śmierć niż wrócić – „don’t make me go back”. Ale Doktor oczywiście nie może na to pozwolić, nie może znieść śmierci kolejnej niewinnej, wspaniałej osoby, nie z jego winy, nie Donny. Donna mogłaby być przykładem na to, że nie trzeba mieć dziewiętnastu czy dwudziestu trzech lat (wydaje mi się, że taki wiek Marthy był podany w scenariuszu Smith and Jones), by zmienić swoje życie, że podróż w odkrywaniu siebie to nie tylko przywilej tej wczesnej młodości, że zawsze można zacząć (w pierwszej wersji scenariusza do Partners on Crime Doktor pytał, myśląc na głos, czy Donna nie jest trochę „za stara”, na co ona zareagowała odpowiednio ostro – „a ile ty masz lat?”), można wyrwać się z codzienności i nie trzeba mieć w priorytetach małżeństwa i kariery, tylko jest większy wybór opcji. Zakończenie jej historii sugeruje smutno, że chyba jednak nie. Owszem, Donna będzie zadowolona, z kochającym mężem, bez obaw o pieniądze, w pewnym stopniu jej lepsze cechy na pewno wyjdą na wierzch, bo tak się na ogół dzieje, gdy dobrze nam się żyje, ale Donna Noble, gwiezdna podróżniczka, zniknęła dla świata, a dla samej Donny nigdy nie istniała.

        Dlatego właśnie historia Donny jest dla mnie o wiele smutniejsza niż historia Rose (nawet jeśli liczymy Rose tylko do „Doomsday”), bo o ile Rose w wyniku podróży z Doktorem straciła ukochaną osobę, zyskując w zamian rozwój i wspomnienia, no i ojca, Donna straciła tak naprawdę część siebie, nie zyskując niczego. Po co wychodzić z domu, otwierać się na świat, próbować żyć inaczej, pełniej, jeśli nic dobrego cię za to nie spotka?

        No, ale Clara nie straciła swojej tożsamości, otrzyjmy łzy i nie dołujmy się pod tym odcinkiem 🙂

        Maratonowanie powinno zostać oficjalnym polskim odpowiednikiem binge-watchingu. Po co nam nowe słowa, skoro to w pełni oddaje znaczenie 🙂

        „Szkoda, bo to oznacza, że wiedziała iż Doktor nie uszanuje jej wyboru.”

        Ja tutaj widzę pewien „kompromis” ze strony Clary: chcemy przeciwnych rzeczy, zdajmy się więc na los. Oczywiście każdy ma prawo decydować o swoim życiu, ale to nie jest też tak, że żyjemy w próżni – nasi bliscy mają prawo nie zgadzać się na nasze poświęcenie. Czy to jest tak bardzo złe, że Doktor zrobi wszystko, żeby nie stracić Clary? Oczywiście, to nie usprawiedliwia morderstwa, ale trudno do niego mieć pretensje, że chce ją uratować – intencje ma dobre. I o ile faktycznie wydaje się, że powinien zaakceptować decyzję Clary, widzę tutaj, że Clara zdaje sobie sprawę z tego, że Doktor na tym etapie nie jest do tego zdolny, że jest to za duży krok, dlatego proponuje to rozwiązanie „pół na pół” (może nie proponuje, to jakoś samo wyszło, nie pamiętam teraz w 100 procentach dokładnie, ale ostatecznie zgadza się na to). Tak to odczytuję. Ale tak, zgadzam się, że to jest kwestia ważna i rozumiem Twoje stanowisko.

        Odnośnie Gallifrey, nie oglądam materiałów promocyjnych, a zdaje mi się, że to właśnie one tak rozbudziły oczekiwania na ten wątek. Powiem tak, wiem już, że Moffat czasami robi odcinki, które wydają się na początku być o czymś, a ostatecznie są o czymś zupełnie innym i staram się z nim raczej nie szarpać, tylko patrzeć na to, co jest zamiast na to, co bym chciała/myślałam, że będzie. Ten odcinek nie jest o Gallifrey. Zgadzam się, że sceny na Gallifrey są dość puste, bez treści, żadnej kluczowej postaci ani ważnego miejsca (ileż można siedzieć w szopie) i daję Moffatowi kredyt (wiem, hojnie i nie dziwię się, że inni nie chcą) zaufania, że umieścił to wszystko ze świadomością, że niewiele się tu dzieje i niewiele ma dziać, bo w tym odcinku chodzi o Clarę. To wydaje mi się takim odcinkiem przygotowawczym na przyszłość – ustawiliśmy scenografie (wszyscy zapamiętali kopułę? Nie? To jeszcze jeden najazd kamery), pokazaliśmy paru żołnierzy, paru Gallifreańczyków, coś nabredziliśmy o matrycy, w każdym razie wprowadziliśmy widownię w temat – bo nie wszyscy widzowie skrzętnie składali i przechowywali w pamięci te niewielkie wzmianki o Gallifrey w New Who, nie wszyscy oglądali też Klasyki albo czytali wikipedię – i gdy przyjdzie czas, zajmiemy się tym porządnie, i już nie trzeba będzie zaczynać od początku.

        Tak naprawdę to nie sądzę, żeby Moffat mnie zachwycił swoją opowieścią o Gallifrey, ale zawsze liczę na to, że się mylę. Może ją komuś odda do napisania. (Davies się w końcu ugnie i napisze nam takie Gallifrey, że będziemy płakać. Dobra, wiem, że on nie. Whitehouse. Albo Sarah Dollard.)

        • Kot Bury

          A propos Donny i jej zamążpójścia, to mam taką drobną, w sumie niezwiązaną z Wasz dyskusją uwagę. Mianowicie zawsze trochę żałowałam, że Donna jednak nie trafiła pod ołtarz z gościem z biblioteki. Oczywiście by go nie pamiętała i pod żadnym pozorem nie mogłaby sobie przypomnieć żadnej przygody z Doktorem, ale ponieważ jestem sentymentalną krową, to, no cóż, jednak trochę mi żal.

  • Szkoda, że nie da się przesyłać prywatnych wiadomości na Disqus… To już prawie dwa miesiące bez wpisu ani odpowiedzi (w internecie to wieczność), więc powiem tylko, że 1. mam nadzieję, że nic złego się nie stało i 2. smutno by mi było, gdyby to był koniec naszych rozmów o DW.

    • Bardzo dziękuję za tę wiadomość, jest mi bardzo, bardzo, BARDZO miło 🙂
      Przepraszam za ciszę, ale ostatnio trochę u mnie gorzej. Powoli się ogarniam i na bloga też niedługo wrócę, ale z wpisem o książce dla odmiany 😉
      Mam nadzieję, że jeszcze nie raz porozmawiamy o Doktorze 🙂

      Jeśli chcesz to zawsze możesz napisać na maila blogowego tylkosubiektywnie@gmail.com, albo odezwać się na facebooku, czy twitterze :*

      • Uff, cieszę się w takim razie, że nie było żadnego porwania przez kosmitów, i przestaję niepokoić. Będę zaglądać.

        • Podpinam się pod uff, też się zastanawiałam, gdzie się podziałaś. O książce, powiadasz? To jeszcze lepiej! Czekam z niecierpliwością 🙂

          • :*
            W tym tygodniu będzie wpis! Super, że jesteście Perełki Wy moje :*** 🙂