Doctor Who s09e05 | The Girl Who Died [SPOILERY]

To pierwszy odcinek w tym sezonie, który mnie naprawdę zaintrygował. Na początku dlatego, że zapowiadała się wreszcie przygoda (Wikingowie! <3), w trakcie, bo kurczę wreszcie jest jakiś skrawek magii dawnej świetności serialu, a na koniec za świetną nową postać (Maisie Williams!) i ogólnie za bardzo ciekawy finał i wprowadzenie do tego, co będzie się działo za tydzień. Poza tym Doktor odkrył rąbka tajemnicy i dowiedzieliśmy się dlaczego posiada twarz pewnego Pompejańczyka, którego spotkali Dzięsiąty i Donna.Fałszywy Odyn dowodzący kosmiczną, wojowniczą rasą, której jedynym celem jest najeżdżanie i podbój to nic nowego. Może w trochę innych ciuszkach, ale już to znamy. Za to podoba mi się sam pomysł, że najeźdźcy najeżdżają najeźdźców. Ale wiecie… okute w blachę ufoludki atakują swoją zaawansowaną bronią ludzi z mieczami i tarczami, więc Doktor musi pomóc. To już było. Jednak tym razem sprawa zostaje rozwiązana inaczej, mniej przewidywalnie. Czyli zamiast pomóc swoją technologią ludziom pokonać złych kosmitów, Doktor z Clarą i resztą skandynawskiej zgrai doprowadzają ich do czegoś, co najbardziej boli przeładowanych testosteronem wojowników, czyli do… ośmieszenia. I to jest strzał w dziesiątkę! Już nigdy nie wrócą na Ziemię, bo nie chcą pamiętać wstydliwej wpadki. Nie ma żadnych ofiar! Wilk syty i owca cała. Oczywiście oprócz tuzina Wikingów z początku odcinka, ale o nich nikt nie pamięta. Za to wielką dramą okazuje się strata jednej dziewczynki, dla której Doktor zrobił coś, czego jeszcze nigdy dla nikogo nie zrobił. Dzielny Dwunasty nie tylko Ashildr (Maisie Williams) ożywia, ale też powoduje, że staje się nieśmiertelna.

Z jednej strony fajny pomysł. Z drugiej – dlaczego? Dlaczego właśnie ona? Rozumiem, że Doktor ma już dość tracenia ludzi, ale dlaczego nie mógł tego zrobić na przykład odcinek temu i zrobić wszystko, żeby ocalić O’Donnel (no nie mogę przeboleć tej postaci). Hmmm… może dlatego, że nie grała jej bardzo popularna aktorka, która przyciągnie do serialu fanów Gry o tron? No dobrze, a przestając być wredną, ale nie odchodząc od przemyśleń. Wyobrażacie sobie, że Doktor zamiast unieśmiertelnić przypadkowo spotkaną podczas jednej z przygód dziewczynę, daje nieśmiertelność osobie najbliższej, czyli towarzyszce? To by dopiero było coś absolutnie innego i otwierało serial na nowe tory. Tym razem Doktor nie mknąłby przez Wszechświat z ukrywanym strachem w sercu, że prędzej, czy później jego towarzyszka umrze, ale że… nie umrze i że jest na nią skazany. Jak inaczej wyglądałoby ich rozstanie! Doktor i towarzyszka zmęczeni sobą. To by było ciekawe.

autumn tardis 1
Jesień i TARDIS. Czy jest coś piękniejszego? 😉

Jednak Doktor obdarza tym darem Ashildr, której tak naprawdę dobrze nie zna. Tak wiemy, że jest odważna, pomysłowa i sympatyczna. Jednak czy udźwignie tak ogromny ciężar jakim jest nieśmiertelność? Z tego, co wiemy z trailera szóstego odcinka, tak się nie stanie. Dar prawdopodobnie stał się przekleństwem, albo zdeprawował tą dzielną dziewuszkę. Jestem bardzo ciekawa, jak scenarzyści z tego wybrną.

Poza tym mamy przecież jeszcze wyjaśnienie dlaczego Dwunasty na swoją regenerację wybrał twarz Pompejańczyka uratowanego przez Donnę i Dziesiątego. Ta twarz miała mu przypomnieć. Przypomnieć, aby uratować tą konkretną osobę. Dlaczego? Skąd wcześniejsze regeneracje mogły wiedzieć o tym, co się stanie?
Oczywiście wspaniale było znowu zobaczyć na chwilę Dziesiątego i Donnę (moja ulubiona towarzyszka <3), a także Capaldiego w swojej pierwszej roli w serialu. Mam nadzieję, że scenarzyści to wszystko zgrabnie połączą. Bardzo nie chcę znowu się rozczarować i dostać tysiąc i pytań i żadnej odpowiedzi, albo mgliste wyjaśnienia na odczepne.

Nie mogę nie pochwalić Maisie Williams, która świetnie pasuje do serialu i ostatnia scena z jej zmieniającym się wyrazem twarzy jest genialna!

A Wy jak tam? Tym razem zachwycamy się, czy narzekamy w komentarzach? 😉

 

 

  • Alumfelga

    Zachwycamy się! To znaczy ja się zachwycam, niech każdy robi, co chce 🙂

    No dobrze, żeby oddać sprawiedliwość: 1) dzieci naprawdę w ten sposób nie myślą i 2) kawałek z Bennym Hillem nie był zabawny i założę się o co chcecie, że wyszedł spod ręki Moffata. Tyle narzekań. (Nie, nie mam zamiaru narzekać na węgorze. Kogo obchodzi historyczna prawda, gdy odcinek taki dobry?)

    Iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii, Dziesiąty! Samo jego pokazanie na ekranie to szeroki uśmiech na mojej twarzy, nic nie poradzę, że mam odruch bezwarunkowy i niezależnie od tego, jak bardzo lubię innych Doktorów, ten zawsze będzie moim. Ale wspomnienie go w odcinku współpisanym przez Moffata mogło się bardzo źle skończyć, jeszcze mu nie wybaczyłam, jak napisał Dziesiątego w Dniu Doktora. Na szczęście nie tym razem. Co prawda Dwunasty jakby trochę nie zrozumiał idei ratowania Caeciliusa i jego rodziny – bo przecież nie o to chodziło, że Dziesiąty złamał wtedy zasady, a właśnie przeciwnie, zrobił coś, co pozwalało mu komuś pomóc pomimo posłuszeństwa wobec praw czasu; zresztą zrobił to było bardziej dla Donny niż dla samego Caeciliusa – ale nie traktuję tego jako jakąś wadę czy porażkę scenarzystów, tylko interpretuję wewnątrz historii i to jest nawet ciekawe. No, ale sam ten wątek: w końcu widzieliśmy Doktora, który się przejmuje. Którego ludzie i śmierć obchodzą. Bo Doktor może być wesoły, może być poważny, może bardzo łaknąć przyjaźni, a może być raczej samotnikiem, może mieć różne podejścia do pewnych spraw, różne zalety i wady, ale jedna rzecz według mnie czyni go out of character – gdy nie widać, że otoczenie go obchodzi. Dlatego mimo mojej sympatii do Matta Smitha jego Doktor nigdy nie będzie moim, a mimo jeszcze większej do Capaldiego jego Doktor przez połowę czasu wydaje mi się out of character. Ale zakładając, że to, co zostało osiągnięte w tym odcinku zostanie utrzymane, historia Dwunastego zaczyna nabierać jakiegoś ogólnego sensu i jawić się jako historia Doktora, który przeszedł większy regeneracyjny reset niż zwykle (nowy cykl itd) i musiał sobie przypomnieć/na nowo się nauczyć, kim jest. Stąd najpierw „odklejenie się” od pozostałości Jedenastego w 8×01, jego dystans do wszystkiego i wszystkich, ciekawość świata przejawiająca się raczej w akademickich rozważaniach, a nie w przygodach, później przywiązanie się do Clary, ustalenie, że nie chce być nikim potężnym (idiot in the box w finale) i teraz duży krok w kierunku emocjonalności i buntu wobec „klątwy Władcy Czasu”. I to pięknie współgra ze sceną z flashbacku. Bardzo bym chciała, żeby to nie zniknęło i żeby Dwunasty dalej się przejmował, zwłaszcza, że już wie, dokąd Dziesiątego to doprowadziło i mam na myśli zarówno Time Lord Victorious (kto miał ciary, gdy Dwunasty mówił „I can do anything!”), ale i Jedenastego, który 99% emocjonalności wyparł i też nie było dobrze. Zasadniczo żadna wersja Doktora post-Time War nie działała zbyt zdrowo i to czyniło ich fascynującymi, ale ciekawa jestem, jaką ścieżkę wobec tych nierozwiązywalnych problemów wybierze Dwunasty. O ile ten temat znów zostanie poruszony, bo Moffat nie wydaje się raczej zainteresowany rozwijaniem i pogłębianiem postaci Doktora, co jest przyczyną mojej frustracji od sezonu piątego.

    Moment, gdy pojawił się „prawdziwy” Odin był bezcenny, od lat się tak nie uśmiałam. Czysty Doktor Who. No i pokonywanie wroga siłą wyobraźni, lubię takie motywy. Doktor powinien pomagać, inspirować, ale dajmy ludziom też coś do roboty. Naprawdę świetnie. No i złamane okulary (szkoda, że najwyraźniej powrócą – widziałam zwiastun.). Mam do dodania tylko jedno – Capaldi grał też w Torchwood. Powiążcie z Doktorem Frobishera, ha! 😉

    • Ja też tym razem nie narzekam 😉
      Pewnie, że są jakieś głupotki i błędy jak gadka niemowlęcia, węgorze i muzyczka Benny Hilla. Zresztą z tego, co przeczytałam dziś u Zwierza to zwróciłam uwagę na to, że szantażowanie wojowniczych obych przez Dwunastego i Clarę, że wrzucą ośmieszający ich filmik do kosmicznego (?) internetu to nie było fajne zagranie. Myślę, że powinno zostawić to, że sam fakt ośmieszenia to urażenie dumy kosmitów i już nie wrócą na Ziemię. Szantaż był niepotrzebny.

      Widzisz w moim przypadku z Dziesiątym jest dziwnie. Bo to też jest mój Doktor, ale tak do końca go nie lubię, bo nie mogę zapomnieć, że czasem był wredny, okrutny i naprawdę chamsko zachowywał się w stosunku do Mickeya i początkowo do Marthy. Uczucia uczuciami, ale kurczę… słabe to było, ale i tak go uwielbiam, a Donnę to już kocham. Nawet nie wiesz ile łez wylałam, kiedy był z nią ostatni odcinek 🙁
      Dzień Doktora mi się podobał, ale fakt, że Dziesiąty był napisany trochę po macoszemu. Moffat Dziesiątego po prostu nie czuje i nie umie go pisać. Tylko Jedenasty tak mu się udał.

      Kurczę wszystko co napisałaś w środkowym i najdłuższym akapicie… THIS! Jakbyś wyciągnęła moje niepoukładane myśli z głowy, ułożyła w logiczny ciąg i przelała na klawiaturę 😉 Ze wszystkim się zgadzam i wszystko jest mi bliskie.

      No i fakt – Moffat nie skupia się na rozwijaniu i pogłębianiu postaci Doktora. On cały swój zapał, pomysły i talent wkłada w niesamowite, cool, dramatyczne przygody, gdzie trup ściele się gęsto, ale towarzyszki i Doktor zawsze ożywają choćby nie wiem ile razy umarli, co kompletnie wyzuło śmierć w tym serialu z jakiegokolwiek znaczenia.

      O nieeeee… okulary powrócą :/ Nie znoszę ich.
      Torchwood nie widziałam, ale z tego, co czytałam, oni tam mieli dużo wolności i nie musieli się jakoś kurczowo trzymać ogólnego „kanonu” Doktora czy storyline’u serialu matki 😉

      • Alumfelga

        Zgadzam się co do szantażu, chociaż powiem szczerze, że nie widziałam w nim nic złego, dopóki Dwunasty i Clara nie zaczęli jawnie nabijać się z kosmitów i nie włączyli tego podkładu z Benny Hillem. Gdyby to zostało powiedziane jako ostrzeżenie, ale wypowiedziane z szacunkiem, że pokażą ten film nie w ramach ośmieszania, ale jakby tylko jako dowód, że groźnych Mire można pokonać, to moim zdaniem byłoby akceptowalne. Albo, jak piszesz, wystarczyłaby sama utrata dumy.

        „Widzisz w moim przypadku z Dziesiątym jest dziwnie. Bo to też jest mój Doktor, ale tak do końca go nie lubię, bo nie mogę zapomnieć, że czasem był wredny, okrutny i naprawdę chamsko zachowywał się w stosunku do Mickeya i początkowo do Marthy. ”

        Wcale nie uważam, że to dziwne, a wręcz przeciwnie, spotkałam się zresztą z tym, że fani Dziesiątego są od razu oskarżani o bycie ślepymi na jego wady. Oczywiście, że Dziesiąty ma mnóstwo wad, i to nie tylko „Doktorowych” (czyli wynikających z tego, że jest Władcą Czasu, że przeżył to, co przeżył), ale i osobowościowych: często zachowuje się jak „najpopularniejszy chłopak w szkole”, źle traktuje Micky’ego i Marthę; gdy jest z Rose, nie zauważa świata wokół siebie (trochę ich zaczynają przypominać Dwunasty i Clara, nie sądzisz?), bywa niecierpliwy, skupiony na sobie… A jako Doktor ma dużą potrzebę kontroli, zmusza innych do postępowania według jego moralnych zasad, wydaje mu się, że odpowiada za rzeczy, które są poza jego kontrolą, czasem bardzo ciężko jest do niego dotrzeć, praktycznie nie można go przekonać do zmiany zdania… Pewnie jeszcze coś by się znalazło. Zarówno z Rose, jak i z Marthą ma dość niezdrową relację, chociaż w obu przypadkach inną i tak naprawdę Donna (razem z Wilfem) to najlepsze, co mogło go spotkać, bo ona potrafiła ustawić go do pionu (najpierw wydawało mi się, że była dla niego za ostra, ale po bliższym przyjrzeniu widzę, że on tego bardzo potrzebował). Także z pewnością nie jest to bohater idealny, ale to właśnie część tych wad, połączona z innymi cechami, czyni go taką fascynującą postacią (mam tu na myśli raczej zbiór „Doktorowych” wad, które połączone z głęboką emocjonalnością doprowadzają w końcu do Time Lord Victorious), a część postacią realistyczną (kto np. nie poznał uroczego, dowcipnego faceta, który okazał się niedojrzały do związku?). I to, że go uwielbiam jako postać, nie znaczy, że nie jestem świadoma tych wszystkich wad. Wręcz dodaje nowego smaku w odbiorze postaci, bo doskonale wiem, że zwiódłby mnie ten jego urok i mogłabym się wplątać w to samo, co biedna Martha (tylko że mnie by odstawił po pierwszej podróży, bo nie mam wielu jej zalet :P). No i naprawdę mnie uderza, że on, cytując królową Wiktorię, „tak łatwo zmienia głos” i przechodzi od twojego najlepszego przyjaciela do aroganckiego chłopca i od walecznego bohatera po okrutnego boga w mgnieniu oka.

        Z Dniem Doktora mam tyle związanych wrażeń, że ciężko byłoby je tu teraz opisać – są rzeczy, które absolutnie uwielbiam, są pomysły, które doceniam, ale wykonanie nie i są rzeczy, do których mam wiele zastrzeżeń. Ale boleję nad tym, że Dziesiąty miał bardzo niewielką rolę fabularną i pełnił raczej rolę „comic relief”, i został sprowadzony do roli „tego, co się ze wszystkimi całuje”. Jakby to była najważniejsza cecha jego charakteru *przewraca oczami*.

        Trzeba Moffowi przyznać, że Jedenastego pisał konsekwentnie, chociaż ja i tak wolę nie jego odcinki tych czasów – A Town Called Mercy to moim zdaniem najlepszy odcinek z Jedenastym 🙂

        U Moffata wszyscy ożywają 🙁 Ja jednak wolę, gdy są jakieś koszty uratowania świata, jakieś konsekwencje czynów, a nie że wszystko można zrobić i potem to cofnąć.
        Fabularnie Moffat był dobry i pomysłowy (5 sezon wspominam mimo wszystko z sentymentem), ale się zaczął powtarzać i teraz pisze takie same historie, i w efekcie nie ma ani wciągającej akcji, ani porządnych bohaterów. Myślę, że najwyższa pora pakować manatki i powierzyć serial komuś innemu, bo Moff się już nie poprawi.

        Torchwood widziałam 3 sezony i były pewne nawiązania (pojawił się np ten potwór z Love and Monsters, którego Rose oblała wiadrem), ale tak, zasadniczo trzymał się z boku od kanonicznych faktów. Z drugiej strony, 3 sezon był pisany w 3/5 przez RTD i pod jego nadzorem, więc jest naprawdę dobry i bardzo w jego stylu (więc jeśli lubisz jego sposób prowadzenia historii i tworzenia postaci, to polecam; w zasadzie można bez znajomości dwóch pierwszych albo obejrzawszy jakiś jeden odcinek, żeby się zorientować w ogólnym świecie Torchwood, fabuła i tak nie jest powiązana).

  • Radek Zawadzki

    tak swoją drogą tą Ashildr doctor skądś zna czyli mugł ją spodkać w przyszłości jako któreś poprzednie wcielenie i ona go uratowała albo coś w tego rodzaju (no chyba że stała się jakimś arcy wrogiem)to pewnie zostanie wyjaśnione prędzej czy później jak z tą twarzą