Doctor Who s09e03 & s09e04 | Under the Lake & Before the Flood [SPOILERY]

Od razu się przyznam, że zmieniłam sposób zapisywania nagłówka wpisów o kolejnych odcinkach Doktora, bo nie miałam już ochoty na wymyślanie błyskotliwych tytułów (powiedzmy, że takie były) i mocno inspirowałam się Owcą i jej recapami o The Walking Dead. No dobra „inspiracja” to zbyt małe słowo. Ja je po prostu bezczelnie zerżnęłam i mam nadzieję, że Owca mi wybaczy. Zresztą wiecie… kopiuje się od najlepszych, nie? ^^
Długo zbierałam się z opisaniem Under the Lake i Before the Flood. Nie dlatego, że to kiepskie odcinki, bo są zdecydowanie lepsze niż to, co zaserwowano nam na początku sezonu, ale najzwyczajniej w świecie straciłam trochę serducha do Doktora. Mam coraz większą chęć wrócić do starych odcinków i poczuć starą magię serialu, bo to co dzieje się obecnie jest takie jakieś… bezkształtne? Jednak bardzo dobrze oglądało mi się historię napisaną przez Toby’ego Whithouse’a, czyli scenarzysty takich charakterystycznych odcinków jak A Town Called Mercy i The Vampires of Venice oraz jednego moich ulubionych czyli The God Complex.

Under the Lake intryguje, bo mimo, że byliśmy już z Doktorem na łodzi podwodnej to nigdy nie mieliśmy do czynienia z duchami. Żywe trupy, czy niewidzialne potwory owszem, ale najprawdziwsze przezroczyste duchy, które pojawiają się tylko nocą i wyglądają dokładnie tak, jak niedawno zmarli? No tego jeszcze nie było. TARDIS się burzy i nie chce za bardzo być w rzeczywistości, gdzie następuję takie anomalie. Baaaa nawet sam Doktor z zatwardziałego sceptyka zmienia się w kogoś, kto dopuszcza możliwość, że duchy naprawdę istnieją i że może śmierć wcale nie jest końcem.

Before the Flood rozwiązuje zagadkę i jest jeszcze ciekawszym odcinkiem od pierwszej części, ale też niesamowicie mnie wkurzył, bo umarła bohaterka, która byłaby idealną kandydatką na kolejną towarzyszkę Doktora. Nie jest współczesną dziewczyną z Londynu, ale pochodzi z roku 2119 i jako była agentka UNITu jest fanką Doktora i bardzo dużo o nim wie. Jednak nie patrzy na niego z cielęcym zachwytem, ale autentycznie ekscytuje się podróżą w TARDIS jak mała dziewczynka i widać, że miałaby z tego wiele radości. Poza tym od razu da się lubić i ma mnóstwo cech, które wskazywałyby na to, że posada towarzyszki Doktora to praca dla niej stworzona. Niestety, O’Donnel nie produkowałaby tonami dram, które Moffat uwielbia no i nie wygląda jak modelka z okładki Vouge’a.

W ogóle oba odcinki mają świetnie napisanych, oryginalnych bohaterów, którzy zapadają w pamięć. Cass – głuchoniema dowódca podwodnego teamu jest fantastyczną babką i szczerze mówiąc w trakcie wydarzeń, które miały miejsce w odcinku, zaufałabym właśnie jej decyzjom, a nie Doktora. Ona skupiała się na uratowaniu swojej załogi, a Doktor… no cóż. Doktor chciał zaspokoić swoją ciekawość, nie patrząc zbytnio na straty w ludziach. Bennet dobrze mu powiedział, że gdyby chodziło o ratowanie Clary to Doktor rzuciłby wszystko, nie patrzył na konsekwencje mieszania w czasie i zrobiłby dosłownie wszystko, aby ją ocalić. O’Donnel nie była dla niego tak ważna i dlatego zginęła. Gdzie podziały się słowa, że każde życie jest tak samo wartościowe? Były tylko słowami, albo niekonsekwencją scenarzystów.

tumblr_nvugxhn8CK1s2wxhqo6_r1_500
O’Donnel i Cass – wyjątkowe bohaterki, które z chęcią zobaczyłabym jeszcze nie raz w tym serialu, ale to niestety niemożliwe

Podobał mi się też bardzo potwór odcinka. Wreszcie coś oryginalnego, przerażającego i wyglądającego bardzo obco. Ciekawe, czy ta rasa kiedyś powróci. Podobnie jak druga, którą poznaliśmy w Before the Flood, czyli istoty, które lubią być najeżdżane i uciskane przez inne. Ich planeta wręcz otwarcie wita i oddaje się w niewolę przybyszom, a nawet jeśli goście nie chcą ich podbijać to mieszkańcy irytują i wnerwiają swoją usłużnością do tego stopnia, że prędzej, czy później i tak stają się ich poddanymi. Czy kiedykolwiek showrunner do tego wróci, czy znowu wrzuci do swojej czarnej dziury dobrych pomysłów, które nigdy nie zostaną wykorzystane.

Co mnie wkurzyło oprócz śmierci O’Donnel i głupawego pomysłu stosowanego w najbardziej dennych horrorach, czyli „goni nas potwór, więc się rozdzielmy”? Mianowicie samo „romantyczne” zakończenie. W trakcie Before the Flood dowiadujemy się, że Bennet podkochiwał się w O’Donnel i nigdy nie miał odwagi jej tego powiedzieć, więc na koniec mówi do tłumacza Cass, żeby powiedział, co do niej czuje. On oczywiście wyznaje miłość, a ona rzuca mu się w ramiona. Niefajnie. Sytuacja stworzona tylko po to, żeby osłodzić wcześniejsze śmierci bohaterów. Bo co tam, że ktoś umarł, jak w wyniku tego ktoś komuś wyznał uczucie? Nienawidzę takich chwytów. Wolałam Doktora, który trochę bardziej przejmował się czyjąś śmiercią, a nie po rozwiązanej zagadce pakował się w TARDIS i pędził beztrosko ku kolejnej przygodzie.

Aha i Clara znowu nie miała za dużo do robienia w tych odcinkach oprócz ratowania iphone’a (hehe) i słuchania się rozkazów.

who_before_the_flood_fisher_king.jpg itok=QeJShH1V

A Wy co uważacie o tych odcinkach?

 

 

  • Lirito L

    Nie wiem co się stało, całego nowego Doktora obejrzałam w jakieś dwa miesiące, na bieżąco śledziłam ostatni sezon z Mattem Smithem, byłam strasznie nieszczęśliwa, że Smitha wymieniają i ogółem niewątpliwie nazywałam się fanką doktorowych serii, nawet kiedy zmieniały się w melodramaty nie z tej Ziemi (hehe, suchar niezamierzony :)). Postać Clary intrygowała mnie na początku, potem, kiedy już była tylko nauczycielką we współczesnym świecie, coraz mniej, ale nadal mnie czasem bawiła. Potem pojawił się Pink i już sam fakt, że strasznie słabo pamietam te odcinki świadczy o tym, jak mało mi przypadły do gustu. Miałam chwilę nadziei na Missy, skutecznie zduszoną w zarodku…
    Capaldi sam w sobie mi nie wadzi, ale coś się nie klei i wdzięk wycieka jak przez sito. Na początku myślałam, że może brak Smitha mnie zniechęca, ale teraz już widzę, że w ogóle nie o to chodzi. I tak oto nowy sezon Doctora Who leci już kilka tygodni, a ja nie mam w ogóle chęci tego oglądać. Dramat. Może jak wymiotą już Clarę i będzie ktoś nowy, wrócę. Póki co mam za złe, że to się zrobiło takie strasznie nudne.
    A sprawdziłam, stare (tzn, stare-nowe) odcinki nadal mogę oglądać z radością i szkodliwym zacięciem do taśmowego odpalania jednego za drugim. Ostatnio robiłam sobie powtórkę tego super nisko-budżetowego Doctora Who z Eccelstonem i niezmiennie jego lubię w tej roli najbardziej. Co do budżetu, to jest strasznie zabawne, jak się popatrzy na ten pierwszy odcinek z manekinami i ostatnie odcinki z Mattem Smithem. Inny Doktor, inny świat.
    Szkoda, że jakoś straciłam wenę. Może wróci.

    • Myślę, że nie bez podstaw za złą kondycję serialu fani obwiniają showrunnera. Moffat jednak nie widzi w sobie winy. Nie znam faceta, ale z tego, co czytałam/słuchałam jego wywiady to wydaje się być człowiekiem, którego sukces trochę przerósł. Bo fakt stworzył razem z Gattisem genialny serial Sherlock (który też niestety trochę idzie po równi pochyłej w trzecim sezonie) i swojego czasu pisał wyjątkowe, świetne pojedyncze odcinki w Doctor Who, ale nie umie ogarnąć całości. Za bardzo zależy mu na efektowności, a mniej na jakości.

      Coś się zepsuło od czasu, kiedy Doktorem został Capaldi, ale to absolutnie nie jest jego winą, bo jest bardzo dobrym aktorem. To zecydowanie wina niekonsekwentnego pisania jego postaci. Podobnie jest z Clarą. Nie wiem, czy wiesz, ale to jej ostatni sezon. Jednak nie wiem, czy warto liczyć na to, że nowa towarzyszka naprawi serial, bo Moffat nigdzie się nie wybiera i kolejną postać kobiecą będzie pisał w identyczny, powtarzalny sposób.
      Straszna szkoda, bo Doctor Who to magia i coś niesamowicie wyjątkowego w historii telewizji i też zdecydowanie wolę te tanie efekty za czasów Dziewiatego, czy Dziesiątego niż miliony monet wysypane bez serca na tę historię.

      Podobnie jak Ty tracę wenę do tego serialu, ale uparłam się, że będę oglądać z sentymentu do starego Doktora.

  • Kot Bury

    Ostatnio złapałam się na tym, że nie czekam z niecierpliwością na nowe odcinki Doktora i zastanawiałam się nad tym, co się wydarzyło między Smithem a Capaldim, że do tego doszło. I doszłam do dwóch wniosków: że strasznie mi brakuje takich przygodowych odcinków. I że Dwunasty Doktor jest koszmarnie napisany. Ale tak zupełnie koszmarnie. Kojarzysz ten schemat pokazujący jak się zmienia temperatura uczuć do nowego Doktora po regeneracji, od „jak ja tego gościa nienawidzę” po „och, nie pozwalajcie mu zginąć, on jest awesome”? Po całym sezonie powinnam już Dwunastego dawno kochać, a tymczasem utknęłam na etapie, w którym akceptuję zmianę, ale i tak tęsknię za starym Doktorem. Którymkolwiek.
    Tak więc hejtuję Moffa. Chcę przygody, nowych ras, bohaterek, które nie będą kolejną River Song, które mają jakąś rodzinę (strasznie mi tego brakuje, Rose, Martha i Donna miały takie rodziny z krwi i kości fajnie było podglądać ich interakcje) Londynu atakowanego przez obcych. I błagam, mniej Daleków i Cybermenów. Ja wiem, że muszą się pojawiać w serialu, ale czuję przesyt. Zwłaszcza Cybermenami. Och, jak ja nie znoszę Cybermenów. Prawie tak samo jak tych nowych, idiotycznych, banalnych okularów.

    • Podpisuję się pod Twoimi słowami rękami, nogami i czym tam jeszcze mogę 😉

      „Kojarzysz ten schemat pokazujący jak się zmienia temperatura uczuć do
      nowego Doktora po regeneracji, od „jak ja tego gościa nienawidzę” po
      „och, nie pozwalajcie mu zginąć, on jest awesome”?”

      Oczywiście, że koajrzę i to powtarzało sie przy absolutnie każdym Doktorze. U mnie najdłużej trwało przyzwyczajenie się do Jedenastego po Dziesiątym, ale kiedy odchodził to było mi bardzo, bardzo smutno i teraz za nim tęsknię. Tak jak napisałaś ja nawet nie wolę od Dwunastego jego poprzednika, ale jakiegokolwiek innego Doktora. Straszna szkoda Capaldiego, bo on jest do tej roli stworzony, ale tak koszmarnie piszą jego postać, że nie można go w pełni zaakceptować i pokochać. Podobnie jest z Clarą, którą tak bardzo lubiłam od pierwszych odcinków, w których się pojawiła, a teraz mam do niej raczej obojętny stosunek.

      Tak! Rodziny towarzyszy! Strasznie za tym tęsknię i trochę się wkurzam, że Doktor ich nie odwiedza. Za Moffata już Amy była sierotą, ale mieliśmy za to świetnego tatę Rory’ego. Clara niby tą rodzinę ma (widzieliśmy w odcinku świątecznym z Jedenastym), ale nie utrzymuje z nimi kontaktu? Rodzina nie jest dla niej istotna? Nie rozumiem tego. To kolejne niedopatrzenie showrunnera.

      Nie znoszę okularów. Cybermeni i Daleki są spoko, ale w starych odcinkach. Moff nie ma dla nich pomysłu, albo wykorzystuje do wielkich dram, od których jest uzależniony.

      • Och, też tęsknię za tymi rodzinami — one chyba wpadają teraz w czarną dziurę, bo nawet odszukana rodzina Amy w niej utkwiła i została zapomniana (a to był taki fajny wątek!).

    • Alumfelga

      „Chcę przygody, nowych ras, bohaterek, które nie będą kolejną River Song, które mają jakąś rodzinę (strasznie mi tego brakuje, Rose, Martha i Donna miały takie rodziny z krwi i kości fajnie było podglądać ich interakcje) Londynu atakowanego przez obcych. I błagam, mniej Daleków i Cybermenów.”

      Amen.

  • Mam straszliwe zaległości Doktorowe już, ale obejrzałam wreszcie oba odcinki o bazie i przyszłam przeczytać i pogadać :).

    Po pierwsze: piąteczka, też uwielbiam „The God Complex” :). Po drugie: no ale duchy były, w jakże przerażającym odcinku siódmej serii o podróżniczce w czasie uwięzionej w szufladkowym wszechświecie ;). Dlatego akurat to „duchów jeszcze nie spotkałem!” Doktora trochę potraktowałam takim „taaa” ;).

    No właśnie — od razu, jak O’Donnel przyznała się do bycia fanką, stwierdziłam, że podzieli losy Osgood i tylu innych idealnych towarzyszek (Rita!). Nie wiem, czemu ten serial z taką radością morduje fanów, trochę strach ;).

    Cass była bombowa. Bardzo mi się podobało, jak wykorzystano jej wątek (i znowu piąteczka, bo mam takie same odczucia co do zakończenia wątku!). I tak, zgadzam się z Tobą, że bardzo tu widać, że pojedynczy bohaterowie jakoś mniej się liczą — i to nawet nie tylko dla Doctora, ale i dla Clary (motyw z telefonem, który w sumie, telefon, jakiś superistotny wcale się nie okazał).

    • Fajnie, że przychodzisz do mnie pogadać po obejrzeniu nowych odcinków! Baaaaardzo mi miło 🙂

      Siódmej serii new Who, czy Classic Who? Bo z Classic jestem bardzo w kratkę i nie obejrzałam wszystkiego. Szczerze mówiąc to chyba przeważa część nieobejrzanych odcinków Classic Who niż tych nadrobionych. Jeżeli duchy były to ja ich nie pamiętam, ale moja pamięć jest bardzo dobra lecz niestety krótka.

      A ja właśnie miałam w pamięci los jaki spotkał Osgood i byłam pewna, że co jak co, ale kolejnej przyznającej się do znania i fanienia Doktora postaci nic złego nie spotka. Jak bardzo się myliłam 🙁 Niefajnie panie Moffat.

      Dokładnie! Telefon wcale nie okazał się istotny i ta cała akcja ratowania go przez 3 osoby była niepotrzebna. Tak strasznie się bałam jak za Cass szedł ten duch szurając siekierą po podłodze. Ale domyśliłam się, że powinna wyczuć drgania i się uratować. Mimo wszystko stres był!