A imię ich Doktor albo Doctor Who Book Tag

Pyza Wędrowniczka przebojem wdarła się do blogosfery. Na ten moment nie wyobrażam sobie swojego ulubionego kawałka internetu bez obecności jej bloga. Nigdy nie zapomnę, kiedy wracałam do Warszawy po Świętach Wielkanocnych i chcąc bezczelnie wykorzystać autobusowe wi-fi, żeby ponadrabiać nieobejrzane odcinki seriali, zamiast tego kliknęłam na link do bloga poleconego przez Zwierza Popkulturalnego i absolutnie wsiąkłam czytając Pierogi Pruskie od deski do deski. Od lektury oderwał mnie widok Pałacu Kultury za oknem i fakt, że trzeba już wysiadać. Stali czytelnicy znają moją przygodę z blogosferą książkową i to, że z niej uciekłam w podskokach, aby ułożyć się wygodnie w popkulturowym zakątku internetu. Dopiero Pierogi Pruskie spowodowały, że się przeprosiłam z tą częścią blogosfery i odkryłam, że o książkach można pisać naprawdę ciekawie i z pasją, a nie rzemieślniczo i zgodnie z ramami narzuconymi przez wydawnictwa. Takich blogów jest więcej i trzeba tylko poświęcić dłuższą chwilę, aby je odkryć i docenić. Pyza nie tylko okazała się przesympatyczną osobą, z którą można dłuuuuugo dyskutować zarówno u niej na blogu jak i pod moimi wpisami, ale dla mnie stała się też motywacją do powrotu do pisania o książkach (dowód tu i tu, ale będzie tego dużo więcej). Należę do bardzo malutkiej części społeczeństwa, której członkowie kiedy widzą coś/kogoś dobrego to głośno chwalą i z wręcz z dziecięcą radością się tym czymś/kimś zachwycają. Wierzcie mi, że nie ma w tym ani krzty wyrachowania. Kilku ludzi już wystraszyłam podobnym zachowaniem, bo nam Polakom ciężko bez podejrzeń przyjmować komplementy, ale ja tego nie zmienię, bo czerpię z tych emocji przyjemność. A więc (pani polonistka zakazywała zaczynie zdania od „a więc”, ale taki ze mnie rebel) moja droga Pyzo wykorzystując Twoją nominację do tego tagu, przy okazji trochę Cię pochwaliłam i mam nadzieję, że jest Ci miło i Pyza siedzi teraz przed komputerem szeroko uśmiechnięta.

Tak naprawdę ten tag nie ma wiele wspólnego z samym Doktorem. Doktor jest raczej inspiracją do pytań wymyślonych przez autorkę kanału Novels and Nonsense.

1.

Twoja ulubiona pierwsza książka z serii?

Zdecydowanie „Pierwsze prawo magii”, którym tak absolutnie zachwyciłam się na pierwszym roku studiów, że obrazoburczo uznałam, że Terry Goodkind jest godnym następcą Tolkiena (młodość chmurna i durna mnie jedynie usprawiedliwia). Zachwyciłam się tą „dorosłą” fantastyką, gdzie okrutny świat rzuca kłody pod nogi bohaterom, a oni i tak dzielnie sobie ze wszystkim radzą. No i (od „no i” też nie powinno się zaczynać zdania, ale jestem już duża i sama sobie pozwalam) ta niespełniona miłość pomiędzy Kahlan i Richardem. O matko jak ja im kibicowałam i trzymałam kciuki, żeby mogli być wreszcie razem. Straszliwy Rahl, który niczym nie przypomina pana we fryzurze à la Snape z serialu, wzbudzał we mnie obrzydzenie i autentyczny strach. I te plot twisty! Nosz kurde arcydzieło!
Kolejne części też były dobre, ale coś zaczęło się psuć. Goodkind co i rusz wprowadzał chwyty, które dobrze znałam z poprzednich części. Tworzył bohaterom problemy na siłę. Kahlan i Richarda łączył i rozdzielał kiedy mu się podobało. Utknęłam na części, w której w pierwszym rozdziale wielką dramą stał się kogut, który zamienił się w demona i zburzył spokój mieszkańców wioski. Mimo wszystko bardzo polecam co najmniej pierwsze trzy części, a na pewno „Pierwsze prawo magii”.

2.

Ulubiony sequel?

„Fałszywe lustra” Siergieja Łukjanienki.
Miłością do twórczości tego autora zaraziła mnie moja Przyjaciółka. Coś jest w jego pisaniu, co mnie przyciąga i nie chce puścić. Wspaniała, plastyczna wyobraźnia, słowiańska swada i dobry żart. Jego książki czyta się szybko i w moim przypadku bardzo szybko zapomina. To znaczy, wiem o co chodzi ogólnie w fabule, ale reszta jest za gęstą mgłą. Nie powiedziałabym, że to wada, bo dzięki temu jego książki mogę sobie przypominać i za każdym czytaniem się zachwycam.
Chyba wszyscy kojarzą dość popularne w naszym kraju „Patrole”, ale „Labirynt odbić” i jego sequel są mniej znane. A szkoda, bo to zdecydowanie najlepsza wizja alternatywnego wirtualnego świata, jaką kiedykolwiek poznałam. Po pierwszej części bardzo tęskniłam za Głębią i dostałam ją w kontynuacji. Jeszcze bardziej wciągającą, jeszcze bardziej przypominającą grę komputerową (serio to świetna książka dla graczy!), a jednocześnie nie tracącą ze swojej tajemnicy i niebezpieczeństwa. Bo źle jest uzależnić się od Głębi i zostawić real, ale może jeszcze gorzej jest jej nie znać i zdać się tylko na szarą rzeczywistość? Bardzo lubię te książki i co jakiś czas z przyjemnością do nich wracam.

3.

Jaka jest twoja ulubiona trylogia?

Odpowiedź na to pytanie może być tylko jedna – „Władca Pierścieni”. Kocham i wielbię. Nie umiem w rozsądny sposób o tym pisać, czy rozmawiać, bo skala mojego głosu przeradza się w niebezpieczne piski, a pisanina kończy na dwóch słowach, czyli wspomnianych „kocham” i „wielbię”.
Posiadam to moje ukochane wydanie z jedynym słusznym tłumaczeniem Marii Skibniewskiej, a w domu rodzinnym na półce cały czas stoją te ze Świata Książki i pamiętam jaka byłam wściekła, kiedy pożyczyłam „Dwie wieże” bratu mojej Przyjaciółki i zwrócił je poplamione! To była furia. Nie zagryzłam go tylko ze względu na to, że ma wspaniałą siostrę 😉

4.

Najbardziej kolorowa książka jaką posiadasz?

I tutaj znowu muszę wspomnieć Pyzę, bo to dzięki jej poleceniu w mojej biblioteczce znalazła się najbardziej kolorowa i jedna z najmocniej kochanych książek, jaką posiadam i jest nią to wspaniałe wydanie Baśni Hansa Christiana Andersena z najlepszym polskim przekładem Bogusławy Sochańskiej. Nie dość, że to jest najlepsze polskie tłumaczenie jakie istnieje to jeszcze te piękne ilustracje Flemminga B. Jeppesena sprawiają, że się rozpływam. Zresztą sami popatrzcie:

collage

5.

Czy czytałaś jakąś powieść, w której dużą rolę odgrywa sport?

Powieść nie, ale na długo została mi w pamięci książka Murakamiego „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu”, o której pisałam ponad cztery lata temu (!) na moim starym blogu. Myślę, że każdy kto biega lub biegał znajdzie na tych stronach emocje i uczucia, które dobrze zna i za którymi dzięki tej książce zatęskni.
Aha i czy muszę wspominać, że pierwszym skojarzeniem po przeczytaniu tego pytania był quidditch? 😉

6.

W której czytanej przez ciebie książce występuje superpotężny czarny charakter?

No chyba wiadomo, że Sam-Wiesz-Kto. Czarnoksiężnik tak potężny, że cały czarodziejski świat drży przed wymówieniem jego imienia. Harry Potter is life ♥

7.

Czy masz swoją ulubioną powieść w ponurych klimatach?

Oczywiście, że tak! Moje ukochane „Wichrowe wzgórza” Emily Brontë, o których pisałam tutaj. Bardzo mroczna, gotycka i pełna dramatyzmu książka. Za każdym czytaniem odkrywam w niej coś nowego.

8.

Twój ulubiony romans albo powieść z wątkami romantycznymi?

Po raz kolejny książka ukochana, czyli „Przeminęło z wiatrem” Margaret Mitchell, o której również pisałam tutaj. W niej również za każdym razem odkrywam coś nowego dla siebie. Im jestem starsza tym więcej rozumiem. Ślepa miłość Scarlett do Ashleya, która była bardziej ambicją niż uczuciem, a także Rhett, który wydawałby się idealnym partnerem dla panny O’Hary, ale nie zawsze bycie podobnym oznacza szczęśliwy związek. A także piękna, spokojna i zgodna miłość Ashleya i Melanii, do której on otwarcie przez tyle lat nie chciał się przyznać przed Scarlett, a tyle oszczędziłoby to kłopotów. Poza tym wiele innych cudownie nakreślonych relacji i to nie tylko romantycznych. Wspaniała książka.

War Doctor

Czy jest taka książka, o której przeczytaniu wolałabyś zapomnieć?

Bardzo chciałabym zapomnieć, że kiedykolwiek próbowałam się zabrać za serię o przygodach Sookie Stackhouse. Aha i o tym czymś, co wypociła Keri Arthur. A po tej recenzji na moim starym blogu, wydawnictwo przestało przysyłać mi książki 😉

72830e070e6d0dafda66020eeae2533f

9.

Która książka spowodowała, że zdecydowałaś się dać drugą szansę gatunkowi albo serii?

Hmmm… chyba nie ma takiej książki, a na pewno żadna nie przychodzi mi do głowy. Nigdy nie zrażam się do całego gatunku, czy serii na podstawie jednego przykładu. Gdyby tak było to pewnie nigdy nie przeczytałabym nic, co napisał Terry Pratchett, a byłaby to ogromna strata.

10.

Twoja ulubiona z bardzo popularnych ostatnimi czasy książek-bestsellerów?

„Igrzyska śmierci” Suzanne Collins, które bardzo kocham i myślę, że widzę w nich dużo więcej genialnych motywów i wątków niż większość rozsądnie myślących ludzi. Podoba mi się, że wreszcie autorka książek dla młodzieży zwróciła uwagę na psychikę bohaterów i to jak traumatyczne przeżycia mogą wpływać na codzienne życie. Możecie przeczytać tutaj, że te książki nawróciły mnie na drogę ludzi czytających, bo miałam długą przerwę przez produkcję recenzji na starym blogu. To była pierwsza po długiej przerwie fabuła, która mnie wciągnęła doszczętnie i zarywałam dla niej noce. Poza tym podobnie jak w przypadku Tolkiena (nie porównuję Broń Boże!) nie umiem o tych książkach i filmach pisać, bo wyszedłby emocjonalny słowotok z powtarzającymi się dwoma wyrazami, o których wspominałam już wcześniej. Nawet nie wiecie jak będę ryczeć na ostatniej części w kinie. Pójdę sama na poranny seans, żeby nie robić siary 😉

11.

Twoja ulubiona powieść dla dzieci i/lub młodzieży?

Cała seria o Harrym Potterze. Świat, który mam tak głęboko w serduchu, że mogę nazwać swoim domem. Rowling dała mi wspaniały fragment dzieciństwa, za który jestem jej dozgonnie wdzięczna.

12.

Na wydanie jakiej książki aktualnie czekasz?

Czekam, czekam i czeeeeeeeeekam na „The Mirror and the Light” Hilary Mantel, która odkąd zaangażowała się w współtworzenie serialu na podstawie „Wolf Hall” (niezbyt udanego), co i rusz przesuwa termin premiery ostatniej części trylogii o Cromwellu i dworze Henryka VIII widzianego jego oczami.

e159545eb315d1993f8c65a534e833ad

 

Mam nadzieję, że czytało Wam się również przyjemnie, jak mi pisało 😉 Czujcie się wszyscy nominowani!

 

 

  • I’m sooo sorry!!!! Pamieam jescze Twoje wielkie oburzenie i złość, której wtedy nie mogłam zrozumieć, przecież to byłą jedna małą plamka na jakiejś książce, o co chodzi?! 😀 ale teraz już wiem, wiem jaki to był karygodny błąd.

    • Haha 😀 Traktowałam te książki z nabożną wręcz czcią i przed każdym czytaniem myłam rączki, a tu plama! 😀
      Czaisz, że to było jakieś dziesięć lat temu?! Bo to był chyba 2004 czy 2005 rok 😉

  • Czytało się bardzo przyjemnie, a jak :).

    To ja tylko dorzucę swoje trzy grosze do jednego punktu, przy którym najbardziej mi się komentarz ciśnie na klawiaturę:
    „Posiadam to moje ukochane wydanie z jedynym słusznym tłumaczeniem Marii Skibniewskiej(…)”

    Ha! A ja, tuż przed gimnazjum, pożyczyłam od kolegi wydanie w przekładzie Łozińskiego (?) i to do był mój pierwszy (i bardzo udany!) kontakt z „Władcą Pierścieni”… I chociaż kolega z klasy popłakał się ze śmiechu na wieść, że Obieżyświat to w tym przekładzie „Łazik”, i chociaż wszyscy marudzą na to tłumaczenie jak się da, to mi czytało się to bardzo dobrze i do dziś pamiętam fragment, w którym Gandalf po raz pierwszy demaskuje Grimę (kurczę, nadal aż mi serce zaczyna szybciej bić, jak to sobie przypomnę, z taką mocą to było napisane!). No, ale że wszyscy wychwalają Skibniewską, to stwierdziłam, że też się w nią zaopatrzę. Parę lat temu była w Empiku promocja bożonarodzeniowa, wszystkie trzy tomy, w przekładzie właśnie Skibniewskiej, z ilustracjami Alana Lee – a ja mam właśnie z tej serii Hobbita i Silmarillion, więc pięknie pasowało mi do kolekcji. Dostałam, ustawiłam na półce, duuużo czasu później otworzyłam na chybił trafił (zawsze tak robię z książkami, które już czytałam…^^)… I jakoś tak dziwnie mi się to czytało. Takie to, w porównaniu do Łozińskiego, pompatyczne, eleganckie, że czułam się, jakbym czytała Biblię. Pewnie z czasem się przyzwyczaję, bo to jedyny „Władca…” jakiego mam na własność i na pewno kiedyś do tej książki wrócę – może jak przeczytam od deski do deski tę wersję to nie będzie mi się wydawała już tak sztuczna…? Ale żałuję tego Łozińskiego, jakoś bardziej do mnie przemawiał…

    (Wiem, jestem dziwadłem nie z tej ziemi, przecież „nikt” tego przekładu nie lubi, a już na pewno nie bardziej niż Skibniewskiej. Co zrobić ;)).

    • Cieszę się, że się przyjemnie czytało ^^

      Moim pierwszym kontaktem z Władcą Pierścieni też był przekład Łozińskiego i nie był to łatwa lektura. Miałam 11/12 lat i brnęłam w czytanie tylko dlatego, że absolutnie porwał mnie świat stworzony przez Tolkiena. Pokochałam Śródziemie i bohaterów całym serduchem, a to, że trudno mi się te książki czytało zwalałam na to, że to w końcu książka „dla dorosłych”. Nazewnictwo postaci według Łozińskiego miałam w tyłku, bo dla mnie istniały tylko ich anglojęzyczne nazwy (zaczęłam czytać przed wyjściem pierwszego filmu, ale w internecie były już zdjęcia aktorów z podpisami kogo grają ;)).

      Kilka lat później jako starsza osoba (15/16 lat :P) znowu sięgnęłam po książki (bo filmy kochałam i kocham strasznie mocno) i znowu ciężko mi się czytało i przebrnęłam z trudem.
      Na studiach zaczęłam czytać Tolkiena po angielsku i szło mi topornie, ale nie ze względu na jego pisanie, tylko na moje umiejętności językowe, ale z tego, co czytałam to mi się bardzo podobało i wreszcie ktoś polecił mi tłumaczenie Skibniewskiej i to było TO. To był mój ukochany Tolkien tylko po polsku. Zresztą pani Maria konsultowała swoje tłumaczenie z Tolkienem i był z niego zadowolony, a trudno dogodzić takiemu poliglocie 😉

      Napisałaś, że wydawało Ci się jakbyś czytała Biblię (pompatyczne i eleganckie) i wiesz co? Tolkien ma właśnie taki styl. Jedni to lubią, a inni nie i w tym przypadku wydaje mi się, że Skibniewska uchwyciła Mistrza 😉

  • a) Pyzę wszyscy kochają 😀
    b) Fantastyczna zakładka, nawet dla mnie, która ogląda Doktora kiedy się trafi
    c) Raz poplamiłam koledze Bukowskiego i było mi tak wstyd, że polazłam kupić i oddać świeże. I mam teraz na półce, a nawet nie przepadam specjalnie :>

    • a)Nie da się nie kochać skubana 😉
      b)Mi też się strasznie podoba i chyba sobie taką spróbuję zrobić. Mimo tego, że nie jestem dobra w pracach manualnych 😀
      c)O matko! Jesteś idealnym człowiekiem, któremu można pożyczać książki!

      • Ad. b) Zrobiłam podobną dla mojego Domownika kilka lat temu i zapewniam Was, że wysiłek jest nieporównywalny do efektu — w sensie: wysiłku niewiele, efekt spektakularny ;). Wystarczy mieć ostre nożyczki i dobry papier, tak właściwie. A jak się potem miło patrzy na tak założoną stronę, ho, ho :).

        • Dobra namówiłaś mnie 😀

  • Chciałam powiedzieć, że przeczytałam od razu w piątek i faktycznie buzia mi się śmieje od tamtego czasu, bo Ty zawsze tak ładnie mi napiszesz, że aż mi sił przybywa i wiary :)! Ale nie komentowałam, bo chciałam się odnieść do całości, a jakoś ciągle mi zbywało czasu, żeby napisać dłuższy komentarz. Ale już jestem, przyszłam, komentuję :).

    Wiesz, że mnie Goodkind strasznie do siebie zniechęcił przy „Pierwszym prawie…”? Jakoś tak trzy-cztery lata temu to było. Już na samym początku, bo po pierwsze jakoś nie przemawia do mnie biologia w świecie Goodkinda (wycisnąć sok z rośliny na ranę, a potem tę wyciśniętą roślinkę wsadzić z powrotem, niech się ukorzeni?). To, że bohater ufa bohaterce „bo tak”, bo nieźle jej z oczu patrzy — też mnie jakoś nie przekonuje, a już ten fragment, jak Chase mu proponuje, by zamieszkali z Khalan u niego, a Richard myśli sobie, że e, facet ma dzieci, to może być niebezpieczne, ale co tam — mnie w ogóle powalił. Także jakoś nie mogłam przebrnąć przez te zasadzki i rzuciłam Goodkinda, mimo że miałam szczere chęci zobaczyć, jak to z tą serią jest :).

    Jest coś widać pechowego w „Dwóch wieżach”. Mnie je na wycieczce dawno temu, nieopatrznie zostawione w autobusie, ktoś potraktował dużo gorzej ;). Ale odkupił, na szczęście, a te, hm, poplamione sam wziął i miał przeczytać — ciekawa jestem, czy to zrobił ;).

    Ojej, czyli faktycznie sprawiłaś sobie to cudowne wydanie? Bardzo się cieszę, ono jest naprawdę magiczne :). Nie wspominając już o przekładzie, który wydaje mi się bardzo bliski intencjom Andersena i odziera te baśnie z takiej „wysokopoetyckości”, która może zniechęcać. A przy tym oddaje ducha poezji Andersena, więc i wilk syty, i owca cała :).

    Właśnie im więcej czasu mija od mojej lektury „Przeminęło…”, tym większe targają mną wątpliwości co do natury związku Melanii i Ashleya. I skłaniam się ku interpretacji, że on jej jednak nie kochał — pewnie ją podziwiał, lubił, cenił, ale nie kochał. A jeśli, to musiała być miłość dość toksyczna — przy tym, co jednak czuł do Scarlett, jak się okazało.

    A „Igrzyska śmierci” — mnie rozczarowała sama końcówka, ale muszę powiedzieć, że jestem fanką ekranizacji (Jennifer Lawrence jest doskonała!). Bardzo czekam na ostatnią część, bo jestem ciekawa, jak sobie twócy poradzą z mdlejącą co chwila Katniss — w książce jednak jest sporo tego typu „przestojów”. Płakać chyba nie będę, ale kto wie, jeśli będzie dobrze zrobione, to może też powinnam jakiś poranny seans znaleźć (nie lubię płakać w kinie — niby wiem, że nie ma w tym nic złego, ale jakoś niekomfortowo się z tym czuję, choćby cała sala szlochała; nie mam pojęcia, jaki mechanizm tu działa, ale jakoś, no, nie lubię ;)).

    A jeszcze na marginesie: czytałam wpis o Hannibalu, z trochę perwersyjną przyjemnością, bo to tematy zupełnie nie da mnie, ale jednak byłam ciekawa (i żeby się upewnić, że nie dla mnie — oj, zdecydowanie nie dla mnie). Ale bardzo ciekawie się go czytało. Też jako taki zapis doświadczenia czytelniczego, gdzie seria schodzi w dół i w dół, a ten czytelnik nie może przestać czytać jednak ;).

    • To fajnie, że było Ci miło, bo taki był mój zamiar 🙂 W ogóle Pyzo moja droga powinnaś zastanowić się nad założeniem fanpage’a swojego bloga, bo tylu tu Twoich fanów się kręci i biedni nie mają miejsca na wielbienie 😀

      Ja czytałam „Pierwsze prawo magii” jak miałam 19 lat, więc wszystko tłumaczę młodością. Jednak to, co najbardziej mi się podobało to plot twisty. Dopóki w kolejnych tomach nie okazało się, że Goodkind w ten sposób buduje fabułę i szybko można było się domyśleć o co chodzi, a jak się w tym zapętlił to wymyślał nagle coś totalnie z dupy (pardon my French ^^). Masz rację, że było tam pełno nieścisłości, jak to z roślinką. Richard tak szybko zaufał Kahlan bo mu się od razu spodobała, a poza tym był naiwniakiem. Ta postać była tak kierowana, że na początku był mało rozgarnięty, podejmował głupie decyzje, żeby za jakiś czas stać się potężnym, mądrym Władcą (chociaż gdyby nie Kahlan to dalej by był głupi jak but).

      Chwalmy ludzi, którzy odkupują książki, które komuś zniszczyli. Mi się to nigdy nie zdarzyło 🙁

      Tak kupiłam sobie te wspaniałe wydanie. Zresztą zdjęcia ilustracji, które podałam za przykład są właśnie z niego i narobiłam ich ze dwadzieścia, a do wpisu mogłam wybrać tylko 5. Już dobrych kilka lat temu czytałam w jednej z biografii Andersena (mam na jego punkcie lekką obsesję), że polskie wydania nie mają nic z jego dowcipu, ironii i niejednoznaczności, które przedstawił w swoim języku. Nasi tłumacze zawsze przekładali baśnie jako bajeczki dla dzieci. Postanowiłam uczyć się duńskiego (wspominałam już o obsesji?), ale nie mam zbyt dużego talentu językowego i w końcu zrezygnowałam, bo to była droga przez mękę. Zapomniałam o sprawie, aż trafiłam na Twój blog i polecenie tego właśnie wydania z tłumaczeniem pani Sochańskiej i się absolutnie zakochałam. Muszę o tym jakiś wpis napisać 🙂

      Ashley to dupek. Nie cierpię tego faceta. Myślę, że jednak kochał Melanią i tworzyli zgodny związek, ale jednocześnie tłumił w sobie to, że Scarlett podobała mu się fizycznie i na pewno schlebiało mu jej uczucie. Jednak był trokami od kaleson, a nie facetem i nie umiał postawić sprawy jasno, że ej Scarlett lubię cię i tak dalej, ale kocham moją żonę i się odwal. Scarlett by pobolało, ale mogłaby dumnie ruszyć ze swoim życiem do przodu, zamiast marnować tyle czasu i emocji. Niestety, do tego potrzebowałby odwagi, której nie miał.

      Też nie lubię płakać w kinie, ale niestety mi się zdarza. Zresztą i tak chodzę do kina sama, więc mogę sobie pochlipać i nikomu wstydu nie robię, bo jestem cichym płaczkiem. Ale obawiam się, że po śmierci Prim będę ryczeć, bo to było tak cholernie niesprawiedliwe w książce 🙁
      Bardzo lubię ekranizacje, świetna obsada z Jennifer, Joshem i Woody’m na czele, wspaniała muzyka, Panem też bardzo dobrze odwzorowane.
      Dlaczego zawiódł Cię koniec książki?

      Oj tak nie mogłam przestać czytać o Hannibalu, bo uparłam się, że przeczytam te książki. Poza tym nie mogłam ogarnąć, co autor wyrabia z bohaterami. Chciałam dowiedzieć się do czego dojdzie i czy można to jeszcze bardziej zepsuć 😛

      • Właśnie ciągle się waham, bo boję się, że takiego fanpage’a nie będę umiała obsługiwać :). Ale zastanawiam się nad tym cały czas (chociaż nie, że od razu wielbienie, ale to kolejna platforma, gdzie można rozmawiać :)).

        To, jak piszesz o „Pierwszym prawie…” jest przekonujące, ale zastanawiam się, czy to nie jest właśnie tak, że jednak to jest książka na pewien wiek (pewnie kiedyś nie zwróciłabym uwagi ani na początek relacji bohaterów, ani tę roślinkę — a teraz to widzę i to mi przeszkadza wgryźć się w ten świat).

        Napisz koniecznie :D!

        To prawda, że tchórzliwość Ashleya w ogóle powoduje masę kłopotów (nie wspominając już o końcówce, gdzie wie, że Melania nie może mieć więcej dzieci, ale skoro ona nalega, to on się oczywiście zgadza), ale jest to też tak napisane, że staje się dla Scarlett paradoksalnie napędem do działania. I to jest, kurczę, straszne, bo szalenie toksyczne, chociaż sam Ashley to teoretycznie miły, „porządny” facet :/.

        Zawiodło mnie to, że epilog był taki ugładzony, w sensie — w połowie trzeciego tomu bałam się, że tak będzie i tak było (przy czym rozumiem śmierć Prim jako komponentę fabularną, to jest coś, co w konstrukcji „Igrzysk…” zagrało świetnie, ale mnie frustrowało na takim podstawowym, czytelniczym poziomie właśnie).

        • Myślę, że szybko byś się mogła przywyczaić. Fanpage nie różni się jakoś drastycznie od strony na Google+ i chociaż preferuję tą drugą platformę to i tak na facebooku jest większość ludzi 😉 Tam również przyjemnie się rozmawia, ale czywiście zrobisz jak chcesz 🙂

          Możliwe, że proza Goodkinda robi wrażenie, ale w bardziej młodocianym wieku. Im jesteśmy starsi tym więcej dobrych książek przeczytaliśmy i więcej widzimy wad w tych przeciętnych.

          Ashley to taki typ, który swoją rzekomą „dobrotliwością” i byciem „porządnym” narobił więcej szkód i problemów niż jakikolwiek inny łotr. Zarówno Melania, którą BARDZO lubię, jak i Scarlett miałyby dużo lepsze życia bez jego obecności.

          A mi ten epilog się bardzo podobał. Bo niby to jest happy end, ale gorzki, bo oni budują swoje nowe życie na cmentarzysku (dosłownie!) i to nigdy nie pozwoli im zapomnieć o przeszłości, ale jednocześnie pomoże w tworzeniu lepszej dla siebie przyszłości, bo potrafią docenić to, co mają.

          • Będę nadal myśleć, bo jeszcze się nie zdecydowałam (jak widać, jak już się zdecyduję, to wykonuję, ale zanim się zdecyduję… ;)).

            Melania jest chyba zgodnie z zamierzeniem autorki taką właśnie postacią, której nie sposób nie lubić. Bo to nie jest wyłączne delikatne i słodkie dziewczę, ale bardzo silna kobieta, szkoda, że wplątana w tę dziwną relację Scarlett i Ashleya nad swoją głową.

            To prawda, po prostu rozczarowało mnie to, że przewidziałam, że to się tak skończy (chociaż przyznam, że do końca nie byłam pewna, czy autorka czegoś nie wywinie ;)). W sensie: zapomniana bohaterka wielkiej wojny, ale za to z miłością życia. I jeszcze dziećmi na dokładkę. Mam mieszane uczucia, mimo wszystko :). Ale rozumiem Twoją argumentację, jak najbardziej.