Ostatni dzień Doktora po raz kolejny, czyli moja opinia o Doctor Who s09e01 [SPOILERY]

Siłą napędową tego serialu są zmiany. Nikt nie jest bezpieczny i nie może zadomowić się na dłużej. Nawet odtwórca głównej roli. Zmieniają się towarzyszki, nemezis Doktora, wystrój Tardis, czołówka, czy nawet atmosfera serialu. Niestety, od lat nie zmienia się jedno: showrunner. Moffat zapuścił tak głębokie korzenie na tym stołku, że fani obawiają się, że zmienił to stanowisko w dożywotnią fuchę. Pokochałam go za pojedyncze odcinki w erze Russella T. Daviesa, lubiłam w czasie Jedenastego, patrzyłam z uwagą jaki ma pomysł na Dwunastego. A teraz mnie ten facet po prostu męczy. Znowu OSTATNI dzień Doktora. Znowu zagłada. Znowu „śmierć” towarzyszki. Znowu wszystko musi być WIELKIE, OSTATECZNE, WYJĄTKOWE, EPICKIE i jeszcze cool.

Odcinek oglądało mi się całkiem przyjemnie, bo jest w nim pełno ciekawych pomysłów:
-tajemnicze dłonie z oczami wynurzające się spod ziemi. Co to za potwory? Dlaczego akurat są w tym miejscu?
-mały Davros, czyli znany miłośnikom Classic Who twórca Daleków. Jakim był dzieckiem? Dlaczego znalazł się na polu bitwy całkiem sam? Gdzie są jego rodzice? W jaki sposób z tego przerażonego chłopca zamienił się w potwora?
-zatrzymujące się samoloty i świetny moment, kiedy Clara rysuje kółeczko na szybie. Jak Missy to zrobiła? Co z ludźmi na pokładzie? Jak zareagowali na to ludzie na Ziemi. Co to znaczy, że one zastygły w czasie?
-Doktor, który wprowadza w średniowieczu nowoczesną muzykę, słowa, broń. Dlaczego? Przecież jego wcześniejsze reinkarnacje zawsze zaznaczały, żeby nic nie zmieniać podczas podróży w czasie (oprócz pozbywania się kosmicznych oprawców)

Gorzej tylko, że te dobre pomysły spotkały się ze średnim wykonaniem i jak to Moffat nastawiał znaków zapytania, a odpowiedzi niet.

tumblr_nuzqiqgzP11su5wcfo2_540

tumblr_nuzqiqgzP11su5wcfo1_540

O co chodzi z Missy? Czy ona zmienia charakter z odcinka na odcinek? Nagle jest niby przyjaciółką Doktora i on sam przyznał, że to właśnie jej powierzył swój testament, a nie Clarze? Tak rozumiem zamysł, czyli skomplikowana przyjaźń ponad nasze ludzkie zrozumienie. Mimo wszystko Doktor, który ufa Masterowi to coś bardzo nie w porządku.
Lubię Missy i uważam, że aktorka, która ją odgrywa jest fantastyczna, ale mimo jej starań widać, że to nie jest dobrze napisana postać. Zmienia zdanie co 5 sekund. Zabija ludzi tylko po to, żeby pokazać jaką jest bad girl, a na Clarze nie zrobiło to większego wrażenia podczas ich wspólnych przygód i jeszcze z nią śmieszkuje.

O co chodzi w scenie z czołgiem i gitarą elektryczną? Miało być bardzo cool i zabawnie, a wyszło żałośnie. Po co to było? Co wniosło do fabuły? Że Doktor ostatniego dnia swojego życia woli pajacować przed średniowieczną gawiedzią, a przy tym łamać wszystkie zasady podróży w czasie, niż być w tym momencie na przykład ze swoją towarzyszką, albo dawnymi towarzyszami? Dla mnie to wyglądało jak manifest Moffata pod tytułem „patrzcie mogę zrobić w tym serialu dosłownie WSZYSTKO”. Przepraszam, że go tak demonizuję, ale pisanie tego faceta strasznie działa mi na nerwy. Ma ogromne szczęście, że utalentowani aktorzy ratują to jego mierne przedstawienie.

tumblr_nv05idNYLv1qh99mio1_500

tumblr_nv05idNYLv1qh99mio2_500

Gdzie podziała się przygoda? Gdzie poznawanie historycznych postaci, czy przyszłości ludzkości, albo innych planet i innych ras bez wielkiej dramy, tylko dla przyjemności odkrywania? Dlaczego o tych chwilach są tylko wspominki, jakby to było coś nieznaczącego i nie wartego odcinka? Nawet w The Magician’s Apprentice Clara mówi na lekcji o Jane Austen. Aż mi się cieplutko zrobiło na serduszku, bo przypomniał mi się Dziesiąty z Donną na przyjęciu u Agathy Chritie. Niestety, to nie był jeden z OSTATECZNYCH, EPICKICH dni Doktora, więc go nie zobaczymy. Straszna szkoda, bo tęsknię za takimi przygodami i pewnie dlatego tak bardzo podobał mi się zeszłoroczny odcinek z Robin Hoodem. To było coś świeżego, beztroskiego, przypominającego stare przygody.

Aha i na końcu odcinka zginęła Clara i Missy. Tak bardzo mnie to nie obchodzi. Czytałam gdzieś teorię, że Dalekowie porażając kogoś i krzycząc „Exterminate!” prawdopodobnie nikogo nie zabijają tylko „znikają”. Skoro Skaro jest niewidzialna, to może i ludzie „zabijani” przez Daleków stają się po prostu niewidzialni. Z jednej strony ciekawe, a z drugiej Moffat znowu stawiałby na głowie ponad pięćdziesięcioletnie uniwersum serialu. No cóż, pożyjemy zobaczymy.

A Wy co uważacie o tym odcinku? Tylko ja jestem taka czepliwa, czy może Wam też średnio się podobał?

  • Polać Ci! Przyszłam trochę ponarzekać razem ;).

    Lubię to, jak Moffat mówi o Doktorze — natomiast nie lubię tego, jak go piszę. Bo z takiego bohatera dającego nadzieję, chociaż czasem zachowującego się, hm, słabo (klasyczni Doktorzy miewają takie momenty, trzeba przyznać) robi się superbohater, ale taki jakiś… Uśredniony? I faktycznie zamiast historii z fajerwerkami dostajemy same fajerwerki. Bo czołg. I gitara. I to w średniowieczu. I z Missy. I Davros wraca! I Daleki. I stare, i nowe. I Doktor nosi okulary przeciwsłoneczne. I testament. I wszyscy giną. No ileż można?

    Poza tym nie mogę nadal uwierzyć w Clarę-nauczycielkę. Może dlatego, że jedno zdanie o Jane Austen jeszcze nie jest za bardzo przekonujące, bo dla mnie robiło wrażenie „doklejonego”. Bo lubię chemię Clary z Dwunastym (tak jak nie lubiłam z Jedenastym), ale jaka ta Clara jest, nadal nie wiem. Poza tym teraz jest oczywiście przefajniona, bo motor, bo superprzenikliwość (UNIT nie wie, ale Clara wie), bo skórzana kurtka i bo jest cool, choć Danny nadal nie żyje. Ech…

    Właśnie to „przefajnienie” mnie chyba najbardziej drażni, bo już sam Doktor — kosmita o dwóch sercach podróżujący w czasie i przestrzeni w budce policyjnej z towarzyszami i ze śrubokrętem — jest super. Te dodatki rozmywają historię, a niewiele wnoszą. Bo dinozaury na statku kosmicznym — to było coś. Czołg na średniowiecznej arenie, bez przygody, bez historii — no cóż…

    • Dokładnie tak jak napisałaś: to jest serial o prawie, że nieśmiertelnym kosmicie, który może podróżować przez czas i przestrzeń w budce policyjnej z towarzyszami i sonicznym śrubokrętem! To już jest szalone, niesamowite i fascynujące! Nie trzeba tego pomysłu przefajnić, ale po prostu próbować go nie zepsuć. Wydaje mi się, że Moffat ma jakiś kompleks niższości (nie chodzi mi o jego osobę prywatnie, ale jako pisarza/scenarzysty) i tak strasznie stara się sprawić, aby fabuła zawsze była mocniejsza, większa, bardziej epicka i wręcz przeginająca każdą granicę fajności.

      Jeżeli chodzi o Clarę to ja ją naprawdę bardzo lubię. Jednak mimo ogromnej sympatii ja też widzę, że ta postać jest za bardzo cool i to cool w ten denerwujący moffatowy sposób. Zresztą przeczytałam pod wpisem Zwierza czyjś bardzo ciekawy komentarz, o tym, że Moffat ma jeden przepis na kobiecą postać – bardzo pewna siebie, wygadana, błyskotliwa, atrakcyjna – taka była Amy i River, taka jest Clara i teraz Missy.

      UNIT to najtęższe umysły Wielkiej Brytanii, ale Clara jest mądrzejsza. W razie kryzysu ogólnoradowego czy nawet światowego to do niej się dzwoni, ale ona i tak uczy w tej samej szkole.
      Też nie widzę Clary nauczycielki. Ani w tamtym sezonie, ani w tym. To takie jakby tymczasowe miejsce pracy. Danny nauczyciel? W to wierzyłam. W Clarę nie. Nie widać chemii (nie wiem czy to odpowiednie słowo) pomiędzy nią i dzieciakami.
      I męczy mnie też ta bystrość Clary i Missy. One nawet na moment nie zatrzymają się, żeby przemyśleć sprawę. One przerzucają się błyskotliwymi i zabawnymi/ironicznymi/sarkastycznymi (niepotrzebne skreślić) uwagami.

      Normalnie Pyzo kochana zaraz Ci stworzę tu drugi wpis, więc już kończę 😀
      Możemy ponarzekać, ale emocje i tak w nas serial budzi. Jednak chyba więcej w tym sentymentu niż talentu Moffata 😉

      • Myślę też, że Moffat może mieć problem z kanonem, to znaczy z klasycznymi Who, bo jednak niby stara się jakoś wracać do tych pomysłów, ale chce też, żeby to wszystko było NOWE i OLŚNIEWAJĄCE, i NIESAMOWITE, ale… No, ale tu nie chodzi o to, żeby coś było nowe (serio, przez sześć dekad opowiedziano już mnóstwo wątków), ale żeby pokazać to spójnie i na nowo. Na przykład ten motyw z Dalekami niszczącymi TARDIS jest już w odcinkach z Pierwszym (swoją drogą to jest cudny odcinek „The Chase”, jeden z moich ulubionych z Pierwszym :)). I trochę też jednak na pewno słyszy, że to nie to samo, co RTD i się stara trochę pisać w tym kierunku, tyle że wychodzi to jednak tak sobie. Wolałam, jak pisał baśniowego Jedenastego, Dwunasty na razie wciąż jednak — moim zdaniem — nie jest dookreślony, nie ma spójnego charakteru. Niby „rebel”, ale jakoś tak — nieprzekonująco (jak Clara nauczycielka ;)).

        A właśnie: przyznam się, nie cierpię Daleków. Jak ja nie cierpię Daleków! A to, co się z nimi dzieje teraz to już w ogóle — też zmienia im się ciągle charakter bądź doznają amnezji, nie wiem już sama. Ale tych klasycznych też nie lubię ;). Są creepy i te ciągłe ujęcia jak wchodzą, wychodzą, prowadzą dialogi tym strasznym głosem… No jakoś nie.

        Tak, trochę tak jest z tymi kobiecymi postaciami u Moffata, nie mogę się nie zgodzić. Nawet bym powiedziała, że są dwa typy: bardziej jak River (Missy, Tasha) i mniej jak River, choć z niektórymi jej cechami (Amy, Clara).

        Jasne, że budzi emocje :)! Ale tak bym chciała, żeby i duch przygody wrócił, żeby można się było denerwować, co to będzie, ekscytować szalonymi pomysłami, ściskać kciuki za Doktora!

        • Początki rządów Moffata były właśnie baśniowe. Eleventh Hour to jeden z moich ulubionych odcinków (mała Amy <3), już nie wspomnę jak płakałam na Vincent and the Doctor. I on jest właśnie w tym bardzo dobry – w jednoodcinkowych, zamkniętych fabułach. Jako pisarz byłby pewnie genialny w pisaniu opowiadań 😉 Niestety, prowadzenie fabuły łączącej cały sezon chyba go przerasta, bo chce za bardzo przefajnować.
          Nawiązywanie do Classic Who jest super, ale nawiązywanie, a nie nadpisywanie zupełnie innej historii. Całkiem zgrabnie to wyszło w The Day of the Doctor, ale co za dużo to nie zdrowo. Tym bardziej, że kochamy Classic Who i mieszanie w kanonie nie jest przyjemne.

          Ja chyba od Daleków bardziej nie lubię Cybermenów 😉 Wolę bardziej skomplikowanych wrogów, jakim był kiedyś Master, czy moje ulubione Płaczące Anioły (<3), albo Cisza.

          Szkoda właśnie, że te emocje to bardziej z oburzenia niż tego dawnego drżenia o Doktora i towarzyszkę i ciekawości, co to będzie w następnym odcinku 😉

          • O, właśnie: to nadpisywanie rzadko jest tak sprytne, jak Moffat by chciał, żeby było, niestety. Natomiast Cybermani są super creepy jak dla mnie, a to, co z nimi zrobił Gaiman, to jest coś naprawdę super :).

  • Alumfelga

    „Gdzie podziała się przygoda? Gdzie poznawanie historycznych postaci, czy przyszłości ludzkości, albo innych planet i innych ras bez wielkiej dramy, tylko dla przyjemności odkrywania? Dlaczego o tych chwilach są tylko wspominki, jakby to było coś nieznaczącego i nie wartego odcinka?”
    O, to to. To jest jeden z najpoważniejszych problemów Moffata – przekonanie, że „zwykły”, przygodowy odcinek jest zbyt zwykły dla Doktora Who. On nie potrafi napisać takiej historii jak ta z Szekspirem albo New Earth, albo jego ulubione Arc in Space. Dopóki jego odcinki są pojedyncze, jak za RTD, to Moff wybija się konstrukcją fabuły, ale gdy pozwolić mu prowadzić wątki i pisać połowę odcinków w sezonie, nagle okazuje się, że zwykłe przygody są za zwykłe, towarzysze nic nie znaczą wobec takich postaci jak Mistrz czy River Song, jeśli Doktor nie umiera co odcinek to po co go oglądać, a w ogóle to wyjaśnienia są dla słabych. Moffat miewa doskonałe pomysły, ale przez tę ciągłą walkę o podnoszenie „epickości” historii traci po drodze ducha serialu.

    Gitara mi się podobała (widzę tu po prostu ukłon w stronę Capaldiego, jak odcinek z piłką nożną dla Smitha), ale po kiego grzyba był ten czołg? Poważnie sprowadzili na plan czołg tylko dlatego, żeby Moffat mógł zrobić żart z „fish tank”? Byłam pewna, że Doktor sądząc, że umrze, naprawił w końcu obwód kameleona, żeby nikt niepowołany nie znalazł TARDIS, ale najwyraźniej propagowanie słowa „dude” w średniowieczu było ważniejsze.

    Doktor przesyłający testament Mistrzowi to epic fail. Jeśli Doktor miałby w ogóle robić coś takiego (choć po co, nie wiem, jedyne, o co chciałby się zatroszczyć, to TARDIS, a z tym raczej poradzi sobie sam), to na tym etapie, jeśli nie Clarę, chociaż według mnie jest jak najbardziej odpowiednią osobą, widziałabym w tej roli Kate, córkę Brygadiera. Na pewno nie Missy. No ale towarzysze są za mali na prawdziwych przyjaciół Doktora, prawda? Tym wcześniejszym po prostu coś odbiło z tym całym „I think you look like giants.” Grrr.

    Żeby nie było, że nic mi się nie podobało – Proklamacja Cieni, Ood, Judoon, to wszystko tylko sekunda i pewnie już nie wróci, ale jednak serducho zadrgało 🙂 Pan Wonsz to przyjemny dodatek do Doktowowych alienów. No i z Davrosem to całkiem dobry pomysł, byle tego Moff koncertowo nie zepsuł, przedkładając epickość nad logikę i emocje.

    Jeśli okaże się, że Dalekowie przez cały ten czas nie eksterminowali, tylko znikali ludzi, to obiecuję, że rzucę ten serial.

    • Właśnie! Nie pomyślałam o Tardis! Przecież Doktor powinien postarać się o to, żeby ją dobrze ukryć, albo sprawić, żeby była niewykrywalna. Możliwe, że była to sprawa do załatwienia w jego testamencie, ale powierzanie Masterowi Tardis to skrajna nieodpowiedzialność.

      Haha Wonsz był super! Coś innego i ciekawego.

      Jednak nie rzucisz serialu! ^^