Jest lepiej, ale czy to oznacza, że jest dobrze? Moja opinia o Doctor Who s09e02 [SPOILERY]

Dobrze wiecie, że w tamtym tygodniu nie byłam zachwycona pierwszym odcinkiem dziewiątego sezonu (opinia tutaj). Zresztą Wam też się za bardzo nie podobał i byliśmy zgodni w naszym wspólnym narzekaniu. Oczywiście to i tak nie powstrzymało nas przed powrotem przed ekrany tydzień później. The Witch’s Familiar jest trochę lepsze fabularnie i przynajmniej jedna postać pokazała, że jej charakter nie jest chorągiewką na wietrze, ale obawiam się, że to wcale nie oznacza, że początek dziewiątego sezonu jest dobry.

Jak wszyscy dobrze wiemy – Clara i Missy nie umarły. Cóż na niespodzianka. Na szczęście Moffat nie zrobił kolejnej rewolucji w ponad pięćdziesięcioletnim uniwersum serialu i nie okazało się, że Daleki tak naprawdę nie zabijają, tylko „znikają” ludzi. Nie mam pojęcia, gdzie wyczytałam tę szaloną teorię, ale mnie mocno przeraziła. Daleki są raczej takie same (dlaczego „raczej” o tym później), a dziewczyny Doktora nie umarły z powodu sprytu Missy. Wyjaśnienie lekko z tylnej części ciała, ale co tam. Clara żyje, Time Lady również i postanawiają połączyć siły w wyrwaniu Doktora z rąk Davrosa.

Doktor nie ma zbytnio czasu na rozpacz po stracie towarzyszki (serio nawet on nie traktuje tego poważnie), tylko czule zajmuje się umierającym Davrosem. Mimo tego, że on dość wyraźnie mu mówi, że któregoś pięknego dnia przejedzie się na współczuciu. Szczerze mówiąc to ani przez chwilę nie zaufałam twórcy Daleków i miałam rację. Od początku planował podstęp i na pewno by mu się to udało, gdyby naszego Władcę Czasu z opałów nie uratowała Missy.

Missy, Missy, Missy. Time Lady jest cudowna. Bardzo nie podobała mi się zamiana postaci Mastera z wroga w sojusznika, ale kto w ogóle powiedział, że jest sojusznikiem? Missy/Master zawsze grała/grał po jednej stronie. Swojej. Tym razem również próbuje coś osiągnąć i mimo tego, że tak dobrze szło jej partnerstwo z Clarą, nie ma skrupułów, żeby się jej pozbyć. Wspaniale!Za to Clara mnie rozczarowała. Na pustyni, kiedy przez moment była więźniem Missy, udowodniła swoim intelektem, że jest równorzędnym graczem. Jednak kilka chwil później niczym posłuszny cielaczek daje się zamknąć we wnętrzu Daleka. Tak bystra i błyskotliwa dziewczyna nie dała rady przejrzeć tej manipulacji?
W ogóle rola Clary w tym odcinku to było ślepe podążanie za Missy, albo łzawe proszenie Doktora o ratunek i bycie ratowaną. Zarówno w The Magician’s Apprentice jak i The Witch’s Familiar towarzyszka wydaje się lekko zbędna. Oczywiście Jenna Coleman jest śliczna i wzruszająco wygląda, kiedy ze łzami w dużych, pięknych oczach jest uwalniana z wnętrza Daleka, ale Moffat przez tyle odcinków próbował nas zmusić do uwierzenia, że to wyjątkowa towarzyszka o cechach super woman, a tu nagle tak łatwo daje się omamić Missy? Dlaczego nie wpadła na dość logiczny pomysł, żeby pokazać się pierwszemu lepszemu Dalekowi i zażądać odstawienia przed oblicze Doktora? Przecież słyszała wcześniej wygłoszony przez niego komunikat. Jednak naiwnie wierzy w każde słowo Missy.

111

222

333

Mam pytanie. Czyżby przez przekręt Missy pokazano jak naprawdę działają Daleki? Że istoty w środku wcale nie chcą zabijać, tylko ich emocje i prawdziwe słowa są zamieniane w znane nam dobrze Exterminate? To byłoby dużo okrutniejsze i straszniejsze niż myślałam, a w takim razie Davros jest jeszcze bardziej przerażający. Czy ten wątek kiedykolwiek powróci? Czy w takim razie wszystkie Daleki, które zginęły w tym odcinku to niewinne ofiary? Czy Doktor się o tym dowie? Czy może Moffat znowu będzie udawał, że nie pamięta o co chodzi i nigdy nie dostaniemy odpowiedzi?

Żałuję też, że nie było nawiązania do tego, że Clara Oswald (czy raczej jej alter ego?) była już lub kiedyś będzie w przyszłości Dalekiem. Straszna szkoda, bo to był pierwszy z nią odcinek (zresztą świetny) i kurczę aż prosiło się o jakiekolwiek, choćby najmniejsze nawiązanie lub komentarz na ten temat Doktora.

Ciekawa też jestem co będzie z Missy. Czy podczas kolejnego spotkania Doktor jej przebaczy? Po czymś takim powinien powstać pomiędzy nimi większy konflikt, na co oczywiście liczę.

Aha i nie wyobrażam sobie Doktora bez śrubokrętu tylko w sonicznych okularach. A Wy?

2

3

A Wy co uważacie o tym odcinku? Dalej narzekamy, czy może jednak widać jakieś światełko w tunelu?

  • Przede wszystkim mam wrażenie, że Moffat usiłował zagrać na emocjach widzów — właśnie przez ten pierwszy odcinek siódmej serii. Toż i tam Clara siedzi we wnętrzu Daleka, ba, jest Dalekiem, a Doktor nie może jej uratować (jak powiedział „I am so sorry” to byłam pewna, że i tu nie da rady, a jednak). Więc chyba te przeprosiny były nawiązaniem nie wprost (pytanie, czy Clara w przyszłości będzie Dalekiem — wydaje mi się, że nie, że to coś jak parallel universe teraz).

    Co do samej konstrukcji Daleków — myślę, że to był chwyt ad hoc. W tym sensie, że Daleki to Daleki, a te transformatory mowy po prostu nie znają innych słów na silne emocje niż „hate”, na relację z drugą osobą niż „enemy” i tak dalej.

    I już pisałam u Ćmy książkowej, że soniczne okulary to jest jakiś wypadek przy pracy. W odcinkach Classic Who, gdzie nie ma śrubokrętu, nie brakuje mi go, ale te okulary to jest póki co myśl mnie nie przekonująca.

    • Wiedziałam od samego początku, że da radę ją uratować, bo widziałam promo następnych odcinków, gdzie Clara hasa cała i zdrowa 😉
      Clara w pierwszym odcinku, w którym się pojawiła była jednym z tych bytów(?), które miały za zadanie zawsze Doktora ratować, czyli cała ta akcja z Impossible Girl. Jednak wiem, że w tym sezonie Jenna odchodzi, więc może znowu o ten temat zahaczą?

      Dzięki za wyjaśnienie dalekowego problemu! To rzeczywiście logiczne, co piszesz i jak się nad tym zastanowiłam to wręcz oczywiste 😉 Źle to w takim razie zrozumiałam podczas oglądania.

      Śrubokręt wiele przeszedł i ratowany był z takich niebezpiecznych sytuacji, że wierzyć mi się nie chce, że Doktor go porzucił na rzecz sonicznych okularów. Smuteczek 🙁 Jak to Doktor bez śrubokręta?

      P.S. Dziękuję za polecenie Ćmy książkowej!

      • A no właśnie, mnie się wydaje, że ostatnie nawiązanie do IG było chyba w odcinku jubileuszowym, a potem cała niesamowitość z Clary opadła. Chyba też przez to jej charakter jest taki niespójny: bo twórcy zapominają, albo sobie odpowiednio wcześniej nie przemyśleli, że kurczę, jak robimy coś takiego z bohaterem, to trzeba o tym pamiętać i pokazać, że to ma jakieś konsekwencje. Może Moffat nie umie pisać bohaterek po traumie? Sama nie wiem (zahaczam o wątek z zeszłego tygodnia — a propos pisania bohaterek w ogóle przez Moffata).

        E, Doctor bez śrubokrętu to całkiem zwyczajny Doctor :). Na początku, jak wdepnęłam w Classic, to też się nie mogłam przyzwyczaić, ale ze dwa-trzy odcinki i nawet się człowiek potem dziwi, że jest coś takiego jak soniczny śrubokręt, jak można sobie radzić za pomocą, dajmy na to, gałęzi ;).

        Zawsze do usług, cieszę się bardzo! 😀

        • To prawda, że pisanie bohaterki po traumie Moffatowi nie wyszło, ale myślę, że może tłumaczyć się w ten sposób, że od śmierci Danny’ego minął jakiś czas (rok?), albo, że Clara maskuje ból udawaną obojętnością. I też strasznie przeszkadzało mi to w pierwszym odcinku, że Clara w pewnym momencie śmieszkuje sobie z Missy. Heloł! Ten babsztyl zabił twojego ukochanego!
          Myślę, że Moffat bardziej podjarał się tym, że widzowie tak dobrze przyjęli i polubili Missy. Zrobi z niej następczynię River. Chociaż sama z chęcią zobaczyłabym konfrontację tych dwóch pań 😉

          Ja jestem z Classic Who mocno w kratkę i wiesz, że nawet nie zauważyłam braku śrubokręta? W takim razie chyba za bardzo panikuję z tym brakiem śrubokręta 😀

          • Czy ja wiem — w sensie, następczyń River mamy już ładne grono ;). Raczej RIver bis numer trzy i pół ;). Strasznie mi się podoba, w jaki sposób Missy jest zagrana — jak jest napisana podoba mi się tak sobie, ze względu na to właśnie, że przypomina tak bardzo wszystkie inne Moffatowe kobiety (żeby nie było: bardzo lubię samą River i czekam na odcinek świąteczny!). Marzy mi się, że nowy towarzysz będzie mężczyzną.

            Tak, także mnie sam brak śrubokrętu zupełnie nie przeszkadza, po prostu uważam okulary za za bardzo efekciarskie, za bardzo „jestem na arenie w XIII wieku, gram koncert, dude!”. Ale zobaczymy, może nie ma co przesądzać? Chociaż śrubokręt był taki… Absurdalny? Okulary to jest coś, co „już było”.

          • Powiem szczerze, czym mogę się narazić fanom serialu, że nie przepadam za River Song. To taki moffatowy, idealny twór, a postaci w tym raczej mało. Przeszkadzała mi ta doskonałość River i że zawsze wie, co ma zrobić i co powiedzieć i absolutnie zawsze zrobi to w błyskotliwy, efekciarski sposób. Ale i tak czekam na River w odcinku świątecznym, bo zawsze lubię powroty starych towarzyszy i przyjaciół Doktora.

            To prawda, że Missy jest wręcz genialnie zagrana i to mi chyba zasłania widok na całość. Wcale nie jest tak dobrze napisana, ale to co robi Michelle Gomez z tą postacią to jest mistrzostwo (hehe „mistrzostwo” ^^).

            Moim ulubionym towarzyszem, zaraz za Donną, którą wielbię, jest Rory i też naprawdę bardzo chcę, żeby kolejnym towarzyszem był mężczyzna dla odmiany. Nie jako chłopak towarzyszki, ale jako pełnoprawny towarzysz. Jednak z tego, co czytałam o castingach to znowu szykuje nam się śliczna, młoda Brytyjka.

            No właśnie – śrubokręt to coś zupełnie od czapy, a okulary to takie coś… meh.

          • No właśnie River nie wydaje mi się taka doskonała — bardziej mnie drażni jako kolejna Moffatowa „psychopatka”, co on ma z tym słowem? — przecież dała się wepchnąć w kostium kosmonauty i raczej wiodła życie nie tyle szczęśliwe, co nieźle zamaskowane zadowoleniem. Ja tak czytam tę postać i bardzo ją lubię. Także dlatego, że nie jest klasycznie piękna, jest starsza (och, ta chemia Jedenastego i River — tęsknię!), no i jest kobietą. A jak się pojawia inteligentna, silna kobieta umiejąca sobie radzić — jestem za. Tu co prawda mam wątpliwości z „radzeniem sobie”, ale tylko czasami ;).

            Aż sprawdziłam, kogo bukmacherzy obstawiają i faktycznie same dziewczyny. Zapewne chodzi o balans między płciami i nie wadzi mi to, ale jak by Moffat napisał companiona, a nie companionkę, to bym zobaczyć chciała. Rory’ego też badzo lubiłam i szkoda mi było, że go Moffat ciągle ubijał bez sensu.

          • Rory był takim trochę męskim odpowiednikiem manic pixie dream girl dla Amy, on miał być tym kochającym, wiernym, oddanym człowiekiem, dzięki któremu Amy przeżyje zmianę. Dlatego tak często „umierał”, żeby Amy mogła sobie uświadomić jak bardzo go kocha -_-

            Fajnie poznać czyjś inny punkt widzenia danej postaci. Ja te wszystkie powody lubienia River rozumiem i też ją polubiłam już w odcinku z Dziesiątym, chemię z Jedenastym też miała świetną, ale mimo wszystko dalsze robienie z niej ideału mi mocno przeszkadzało. Bardzo chciałam poznać jej życie poza przygodami z Doktorem, ale nie było nam to dane.

          • Bo to jest chyba taki problem, że Moffat nie umie długo prowadzić postaci, żeby robić to konsekwentnie i z wyczuciem. Mnie tak zdystansował do wiktoriańskiego trio, więc rozumiem, o czym mówisz.

  • Alumfelga

    Sposób działania komunikatorów mowy Daleków jest kompletnie bez sensu (I don’t understand tłumaczone na I do not understand), ale lubię lingwistyczne żarty (na „Extermineren” w trzecim sezonie płakałam), poza tym jest to nowy sposób straszenia – strach przed brakiem możliwości zakomunikowania swoich uczuć i myśli, widzę tu echa „Midnight” – więc Moffat ma punkt za coś nowego w tej kwestii.

    Za to kompletnie zawodzi w tym, co już, wydawało mi się, opanował, czyli pozwoleniu dojścia do głosy towarzyszce. Sezon 8 to w końcu towarzyszka będąca podmiotem, a nie przedmiotem, a w tym odcinku wraca do bycia ofiarą do ratowania oraz comic relief. Jedna scena, w której Clara powiedziałaby coś, co dałoby Missy do myślenia albo zrobiła coś, co popchnęłoby akcję do przodu. Jedna scena na dwa odcinki, tylko tyle chciałam.

    No i kiedy w końcu pozbyliśmy się Wielkiej Tajemnicy Imienia Doktora, mamy Wielką Tajemnicę, Dlaczego Doktor Opuścił Gallifrey. Dlaczego normalne przygody, rozwój postaci towarzysza, rozwój postaci Doktora w oparciu o relacje z towarzyszami przestały być wystarczającymi tematami odcinków?

    Dlaczego Doktor Moffata zawsze musi być wszechwiedzący? Dlaczego w świecie Moffata nikt nigdy, przenigdy nie może umrzeć? (Serio, wybaczyłabym wiele, gdyby Davros umarł w tym odcinku. Moim zdaniem on i Doktor mieli parę bardzo dobrych scen.)

    O śrubokręcie nawet nie zaczynam. Jestem prawie pewna, że Moff zwija się ze śmiechu, bo „teraz wszyscy pomyślą, że pozbyłem się śrubokręta, ha ha ha!”, bo mimo wszystko nie wierzę, żeby zrobił coś, co świadczy w kompletnym niezrozumieniu natury tego serialu.

    A w ogóle to kojarzycie „The Curse of Fatal Death”? Parodia z 1999 roku, napisana przez Moffata. W 2015 roku Moffat stosuje te same chwyty, które tam wyśmiewa.

    Wyszło mi 99% narzekania, ale i tak ten odcinek podobał mi się bardziej niż poprzedni; autentycznie mi się podobał, dopóki nie zaczął się kończyć i wszystkie głupoty wyszły na jaw.

    • Ciekawe spostrzeżenia co do komunikatorów mowy Daleków. To prawda, że to oryginalny sposób na straszenie i rzeczywiście autentycznie przerażający.

      No właśnie. Moffat przez tyle czasu przekonywał o wyjątkowości Clary i ja w to uwierzyłam. Bardzo ją lubię i przykro mi się patrzy na to, co zrobił z tą postacią w tych pierwszych dwóch odcinkach, które przecież powinne być furtką na cały nadchodzący sezon. Myślę, że Moff trochę za bardzo się podjarał tym, że jego Missy tak bardzo polubili widzowie i chciał dać jej jak największą rolę. Co niestety przyćmiło towarzyszkę i postawiło ją w sytuacji – prowadźcie mnie i ratujcie.

      Bo tak się kończy mieszanie w kanonie (za kanon uważam tu Classic Who). Od wielu lat dobrze wiedzieliśmy dlaczego Doktor opuścił Gallifrey. Moffat napisał zupełnie inną historię w The Day of the Doctor i kurczę nawet mi się to podobało, ale myślałam, że fabuła pójdzie w stronę szukania Gallifrey, a nie drążenie dlaczego w takim razie Doktor opuścił rodzinną planetę. Co z kolei znowu daje Moffatowi furtkę na sezon dziesiąty.

      To byłoby bardzo dobre zakończenie relacji Doktora z Davrosem i zamknięcie tej historii, ale niestety tak jak napisalaś – w świecie Moffata nikt nie może umrzeć 😉

      Nie znam „The Curse of Fatal Death”. Muszę koniecznie nadrobić!

      To podobnie jak u mnie. Narzekam, ale i tak to był lepszy odcinek od pierwszego. Tylko kurczę to zakończenie… -_- No cóż, zobaczymy, co będzie za tydzień. Liczę na choć trochę takiej zwykłej przygody.

      • Alumfelga

        Nie znoszę, kiedy twórcy seriali podążają tropem „widzowie postać polubili? Niech zostanie bez względu na logikę i dobro opowieści”. To się rzadko sprawdza, a w przypadku antagonistów nigdy.

        W odcinkach Moffata towarzysze często snują się po ekranie, gdy pozostałe postacie, głównie River Song, robią ważne i fajne rzeczy. Gdy się przyjrzeć liście odcinków, których jest autorem, okazuje się że jego odcinki praktycznie nigdy nie są o towarzyszach. Tym, któremu najbliżej do uznania podmiotowości towarzysza, jest „The Beast Below”, gdy to Amy znajduje wyjście i rozwiązuje sytuację, ale wciąż Doktor jest tam obecny jako przyczyna jej „objawienia” i nawet w tym odcinku mamy obecną kopię River, Liz Ten.

        Fabuła pewnie w końcu pójdzie w stronę szukania Gallifrey, ale za jakiś czas, w końcu Moffat jest znany z tego, że zapowiada, zapowiada, a realizuje dopiero gdy aktorzy mu odchodzą.

        Następny odcinek będzie, obstawiam, lepszy, bo nieMoffatowy. Odcinki Whitehouse’a zawsze lubiłam, a „A Town Called Mercy” to jeden z mojej dwójki ulubieńców ery Smitha, więc wiążę z 9×03 duże nadzieje 🙂

        • Tak a propos „The Curse…” i Moffata dzisiaj: wydaje mi się, że przejechał się na tym, że schemat można wyśmiać łatwiej niż go twórczo wykorzystać (i z umiarem). Bo o ile jestem fanką baśniowości Moffatowej to teraz mam wrażenie, że się za bardzo upewnił, że jak odpowiednio wszystko podkręci, to będzie świetnie. I czemu on pisze tyle odcinków teraz na serię?

          Odcinki Whitehouse’a lubię pół na pół, ale też się nastawiam, że będzie lepiej. Gorzej za to, że może się to wszystko rozjechać jak poprzednia seria: kilka całkiem fajnych odcinków i całość nie składająca się za bardzo w, no, całość ;).

          • Alumfelga

            Wiki mi mówi, że na ten sezon ma cztery samodzielne, tak samo jak miał w poprzednim i jeszcze wcześniejszym (świątecznych nie liczę), więc liczba się nie zmieniła. Mnie wręcz cieszy, że spadła z sześciu do czterech.

            No, ostatnio był problem z kreacją samego Doktora, każdy scenarzysta go widział inaczej. Mam nadzieję, że w tym nawet jeśli nie będzie spójności fabularnej, to chociaż się znajdzie charakterologiczna.

          • A wiesz, że mam wrażenie, że tego było więcej w poprzedniej serii? Że jak nie pisał, to chociaż współpisał? Nie wiem, wszędzie widać widzę Moffata ;).