Szkoła boli nawet po latach, czyli moja opinia o „Zjeździe Absolwentów” Anny Odell

To nie jest film, który ogląda się przyjemnie. Momentami może nawet trochę nudzić lub drażnić. Potrzeba do niego usiąść z empatią i zrozumieniem dla drugiego człowieka. To nawet nie jest do końca w potocznym tego słowa znaczeniu „film”. To nie jest fabuła, ani dokument. Anna Odell odważnie rozdrapuje dawne szkolne rany tworząc za pomocą swoich kolegów aktorów najpierw przedstawienie tego, co by było gdyby dostała zaproszenie na zjazd absolwentów swojej klasy (pierwsza część), a później reakcję na ten film z kolegami z klasy i ich rozmowy z nimi na temat przeszłości, ale znowu za pomocą aktorów, którzy odtwarzają sceny wcześniej nagrane dzięki ukrytym kamerom w domu Anny. Pierwotnie druga część miała być dokumentem, ale żaden z uczestników zjazdu nie zgodził się na pokazanie swojej twarzy w projekcie, ani ujawnienia wcześniejszych nagrań.
Anna Odell miała wielką odwagę, aby skonfrontować się ze swoimi szkolnymi oprawcami. Jednak oni nie mieli na tyle siły, aby spojrzeć prawdzie w oczy.

Wszystko zaczęło się od wspomnianego wcześniej zaproszenia na zjazd absolwentów. A raczej jego brak. Anna Odell jako jedyna została pominięta i dowiedziała się o całej imprezie po fakcie. To sprawiło, że zaczęła zastanawiać się „dlaczego?” i szybko doszła do wniosku, że jako dawna szkolna ofiara byłaby dla grupy „niewygodna”, a oni czuliby się niekomfortowo w jej towarzystwie. Zaczęła swoje małe śledztwo. Skontaktowała się z ludźmi, którzy zorganizowali zjazd, ale każdy zrzucał odpowiedzialność na inną osobę. Typowe wymówki, że ktoś robił zaproszenia, ale zapomniał, albo, że zaproszenie na pewno zostało wysłane, a Odell musiała je zgubić, albo nie dostać.

Anna jako artystka postanowiła poradzić sobie z tym wydarzeniem na swój sposób, czyli nakręciła film o tym, jak takie spotkanie mogłoby wyglądać, gdyby ona jednak na nim była. Jest to mocny obraz i Odell zaznacza, że celowo go wręcz przejaskrawiła. Jednak gdyby nie obawa przed świadkami (obsługa przyjęcia chociażby) to możliwe, że „poradzenie sobie” ze szczerą do bólu Anną przebiegłoby podobnie.
Myślę, że dla niej ta inscenizacja była też terapeutyczna, bo potrzebowała konfrontacji jako dorosła kobieta. Jednak samo przedstawienie i zrobienie z tego filmu nie wystarczyły. Odell postanowiła pokazać go swoim dawnym „kolegom” i spróbować porozmawiać z nimi o przeszłości i uzyskać odpowiedź na dręczące ja pytanie: „dlaczego?”.
Próba kontaktu do łatwych nie należała. Ci, którzy krzywdzili ją najbardziej (zarówno fizycznie jak i psychicznie) nie zgadzali się na spotkanie. Bierni obserwatorzy owszem, ale wybielali się na takich rozmowach i nazywali film artystycznym przedsięwzięciem, ale nie zgadzali się z tym, że sytuacja na nim przedstawiona mogłaby być prawdziwa. Wszyscy upierali się, że nie wiedzieli o tym, że Odell nie dostała zaproszenia. Baaa… nawet kobieta, która te zaproszenia robiła i wysyłała twierdziła, że to niemożliwe. A inna koleżanka twierdziła, że ktoś powiedział, że z Anną się kontaktował i że ona powiedziała, że nie ma czasu.

To naprawdę smutne obserwować dorosłych ludzi, którzy tak bardzo chcą zachować obraz siebie jako dobrego człowieka, że plączą się we własnych kłamstwach. Twierdzą, że kiedyś byli tylko dziećmi i takie rzeczy się zdarzają.

Anna w pewnym momencie mówi, że nie wini ich jako dzieci. To na pewno też wina rodziców, wychowania i szkoły, bo nauczyciele starali się nie zauważać krzywdy, która dzieje się dziewczynce lub nawet dołączali do klasowych „żartów”.

title_IL9jvkCWQysWApxgx_mlHA-1033x580

W jakich nieszczęśliwych rodzinach muszą wychowywać się dzieci skoro negatywne emocje przelewają na niewinną dziewczynkę. Jak myślicie, gdzie podpatrzyli, że ból, złość i strach zamienia się w agresję i wyładowywanie na drugim człowieku? I jakimi smutnymi i rozgoryczonymi są dorosłymi skoro ich mechanizmem obronnym jest kłamstwo, pasywna agresja i ignorowanie problemów. Ileż musi się w nich kłębić bólu i strachu.

Anna Odell przepracowała swoją traumę i miała siłę na to, żeby jako pewna siebie kobieta spotkać się z dawnymi oprawcami. Nie była w tym wszystkim sama, bo pomagali jej przyjaciele i to też świadczy o tym, że radzi sobie dobrze. Znalazła w swoim życiu bliskie osoby, jej praca jest tym, co lubi i wyraża emocje w otwarty sposób. W żadnym momencie nie zareagowała agresją w stosunku do dawnych klasowych kolegów i koleżanek. Jasno i otwarcie przedstawiła swoje uczucia, a to co otrzymała w zamian nie uważa za swoją winę, czy problem. Ona sobie dobrze radzi. W przeciwieństwie do agresorów, którzy nie mieli nawet na tyle odwagi, aby pokazać swoją twarz w dokumencie.

„Zjazd Absolwentów” zmusił mnie do wielu przemyśleń. Także o swoich latach szkolnych. Też czasami bywałam ofiarą, ale czasami stałam z boku i nie reagowałam, kiedy komuś dokuczano. Prawdopodobnie był to strach, ale także brak zaufania do nauczycieli, którzy tych konfliktów nie potrafili, albo nie chcieli rozwiązywać.
Jako małej dziewczynce dokuczały mi inne małe dziewczynki. Na szczęście mam wspaniałych rodziców, do których zawsze mogłam się zwrócić z każdym problemem. Po latach dowiedziałam się, że dwie z dokuczających mi dziewczynek dostawały w domu lanie jeśli przyniosły w dzienniczku ocenę poniżej 4. Trzecia była wiecznie porównywana do swojej starszej i „lepszej” siostry i traktowana w domu jako ta gorsza z rodzeństwa.
Jest mi bardzo szkoda tych małych dziewczynek i już dawno im przebaczyłam.

  • Kot Bury

    Filmu jeszcze nie widziałam (tyle filmów, tyle seriali – czasu tak malusieńko :(), ale jedną z rzeczy, których zawsze będę żałować jest to, że jak w szkole kogoś gnoili, to na ogół nie reagowałam. Nie przyłączałam się, ale też nic nie robiłam, żeby pomóc i nawet po latach czuję się z tym naprawdę podle.

    • Przepraszam, że dopiero teraz odpisuję, ale jakoś nie ogarnęłam, że mam pod tym wpisem jakiś komentarz 😉

      Ja też tego żałuję. Ogólnie jestem obrońcą uciśnionych i jak raz czy dwa próbowałam pomóc, czy po prostu sprowokować oprawców do normalnej rozmowy, a nie wyżywania się to ja też dostałam w kość, więc tego zaprzestałam. Nie wspomnę o braku reakcji nauczycieli, bo to przecież” tylko dzieci”. Pamiętam, że czułam się strasznie nie reagując, ale też bardzo się bałam, że ja też będę w takiej sytuacji. Co ciekawe rozmowa z rodzicami dzieciaków, które dręczą sprowadzała się do tego, „ale oni są w domu tacy grzeczni! To niemozliwe, żeby moje dziecko się tak zachowywało” -_-

      Nauczycielom nie chciało się użerać z rodzicami, rodzicom z tymi właśnie dziećmi, a reszta dzieciaków chciała mieć święty spokój i tak to się kręciło.